Miał imię wypowiadane troskliwie przez mateczkę tuż przed zdmuchnięciem świecy, które jednak zapomniał, bo pamięć przypominała rozbitą w drobny mak porcelanową filiżankę. Kruche kawałeczki składają się na większe elementy o poszczerbionych, nieregularnych brzegach — nie mogą wrócić do pierwotnego nienaruszonego kształtu, lecz składają się na niego, na to kim był, jaką drogę dla siebie wybrał. Są one historiami tkanymi przez czułe palce, opowieściami przekazywanymi wieczorem przy trzaskającym w piecu drewnie, gdzieś pomiędzy wiarą w dokarmiane przez ludzi domowiki, a nadejściem chrześcijaństwa. Bo prawie zawsze nadchodzi coś nowego, co zmienia porządek rzeczy, otwierając lub zamykając ludzkie umysły.
Mężczyzna pojawiał się znikąd i zazwyczaj przynosił ze sobą kłopoty, nauczony tym, że ludzie z natury są nieufni; potrzebują bodźca, czegoś, co pokaże im, którą ścieżką podążać. Przybierał imiona wielkich królów, ale też pańszczyźnianych chłopów, wykorzystywał nabytą wiedzę, adaptował się do zmieniających warunków pod bacznymi spojrzeniami, aż ci, którzy odczuwali strach, ulegali fascynacji. Z kształtnych ust płynęły zręczne kłamstwa rozgrzewające serca, podczas gdy jemu zależało wyłącznie na gorącej, buzującej w żyłach krwi. I niezmiennie dostawał wszystko, czego chciał.
Czas stał się pojęciem względnym — to, co dla niego było raptem chwilą, jakby mrugnięciem oka mającym strącić z rzęsy płatek śniegu, dla większości okazywało się całym żywotem. Chował zmarłych, a kiedy ich kości zmieniały się z popiół, kruszył go między palcami. Obserwował ludzi mordujących się z najbardziej błahych powodów, walczących o coś, co nigdy do nich nie należało. Z rosnącą obojętnością traktował kolejne wojny, przesuwające się granice państw, natomiast gdy nadchodziły choroby dziesiątkujące populację, zbierając śmiertelne żniwa, on ciągle trwał. Szukał sobie podobnych, aby znów odzyskać poczucie przynależności, lecz przekonał się, że chociaż nie jest kompletnie sam na tym świecie, samemu łatwiej jest przetrwać.
SEBASTIAN ARCHER
w zamierzchłych czasach książę sierpuchowski Aleksander Iwanowicz Wroński — przemieniony w wampira w 1549 roku w Carstwie Moskiewskim — liczne podróże po świecie w celu odnalezienia podobnych sobie, a mimo wszystko brak ochoty na zgłębianie własnej natury — wspomnienia wypełnione obrazami upadających monarchii, toczonych wojnami krajów, umierającej kultury i wielkich zmian — dziesiątki imion i tożsamości, które porzucał jak wąż liniejącą skórę — nienaganne maniery, wysublimowany smak i gust najprościej możliwy do określenia jako staromodny — fortuna zainwestowana w wielu różnych przedsiębiorstwach, bo nie zniża się do obracania własnymi pieniędzmi, zrzucając to na barki innych — wykładowca historii na City University, zmora większości studentów oraz przyczyna ich zarwanych nocy — nekromanta, od niedawna niewolnik podstępnej wiedźmy kontrolującej go poprzez pierścień

Nie wybrała go przypadkowo.
OdpowiedzUsuńZastanawiała się, czy Sebastian zdawał sobie z tego sprawę. Czy wiedza, że wpadł w starannie zastawiane przez długie tygodnia sidła poprawiłaby mu humor i naprawiła wyrwę w jego ego wywołaną przez świadomość, że wiekowego wampira przechytrzyła młodziutka czarownica o nieokiełznanym temperamencie i zbyt dużych ambicjach, czy może bardziej by go rozwścieczyła, podsycając jedynie jego pragnienie zemsty? Wybrała go. W pewnym sensie mógł czuć się zaszczycony, skoro Ariadne starannie wyselekcjonowała go z całego morza możliwości; to właśnie on przykuł jej uwagę wśród pobratymców, chociaż do dzisiaj nie umiała wytłumaczyć tego dziwnego uczucia, które szarpnęło jej sercem, kiedy ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy w tłumie, zanim został przesłonięty przez grupę spieszących się turystów. Intuicja nigdy jej nie zawiodła – z wyjątkiem tej paskudnej nocy, o której opowieści wciąż krążyły wśród nadnaturalnych istot, powtarzane przyciszonym szeptem makabryczne szczegóły z miejsca zbrodni, której do tej pory nikomu nie udało się wytłumaczyć – więc tej samej nocy zaczęła zbierać informacje o niepozornym wykładowcy historii na uniwersytecie, który skrywał małą fortunę, wśród współpracowników cieszył się opinią samotnika, podczas gdy studenci obrzucali go najbardziej wymyślnymi epitetami, zarywając noce w nadziei, że tym razem nie obleją u niego egzaminu (który i tak oblewali). Trafił jej się wampir z manią własnej wielkości, co tylko podsycało złośliwą satysfakcję, jaką odczuwała, gdy walczył z narzuconą mu przez nią kontrolą, ale posiadał coś o wiele ważniejszego od rozbudowanego ego – koneksje. Nie udało jej się ustalić, ile miał lat, jednak miała świadomość, że był stary. Dość ironiczne było to, że nikt nie chciał rozmawiać z dziedziczką Hardingów na temat ich śmierci, lecz przestępczy, magiczny półświatek nie miał podobnych oporów przed wtajemniczeniem jej w szczątkowe informacje odnoście Sebastiana Archera, z których najważniejszą okazały się być jego liczne podróże i związane z nimi znajomości. Sama Ariadne nie miała żadnego wstępu do kryjówek wampirów, brakowało jej punktów zaczepienia, a jej reputacja zaczynała ją wyprzedzać. Zbyt wiele osób jej szukało i pojawienie się wiedźmy rozpytującej o tragedię sprzed sześciu lat… Już to przerobiła. Wiedziała, że donikąd jej to nie zaprowadzi. Za to Sebastian… mógł dotrzeć tam, gdzie ona nie mogła, oczywiście przy odrobinie odpowiedniej zachęty, zwłaszcza że według jednego z jej nielicznych i bardzo niechętnych informatorów Archer już coś wiedział na temat masakry z Camden. Ukradła mu pierścień pozwalający mu poruszać się wśród zwykłych śmiertelników, a później zupełnie przypadkiem pojawiła się, gdy najbardziej jej potrzebował, oferując coś, co wyglądało na uczciwą wymianę: informacje za nowy pierścień. Pamiętała ten dreszcz ekscytacji, który przebiegł przez jej kręgosłup, gdy wsuwała bogato zdobiony sygnet na jego palec, niezwykle ostrożnie dobierając słowa tak, by nie zorientował się w jej zamiarach, a jednocześnie złożył wiążącą przysięgę. Gdyby sam wsunął pierścień, mógłby usunąć go w każdej chwili, ale ponieważ zrobiła to Aria, nie mógł go zdjąć nikt poza nią. Ani Sebastian, ani żadna inna czarownica. Należał do niej. Była niemal rozczarowana, że tak gładko poszło. Zbyt łatwo nałożyła krwiopijcy kaganiec, przez co nie czuła satysfakcji ze swojego zwycięstwa… przynajmniej dopóki nie zaczął z nią walczyć, szukać sposobu na obejście jej rozkazów, wydłużenie mocno zaciśniętej na jego gardle smyczy. Bawiła się wyśmienicie, widząc, jak wił się w jej uścisku, a jednocześnie nie mógł nic z tym zrobić. W końcu poczuła się tak, jakby miała nad czymś kontrolę; już niemal zapomniała, jakie to uczucie, odkąd grunt usunął jej się spod nóg przed sześcioma laty. Władza była słodka i upajająca, nawet jeśli Sebastian był jedyną rzeczą, nad jaką w tej chwili panowała, a cała reszta coraz bardziej jej umykała.
Miał jeszcze jedną zaletę: był potężniejszy od większości jej wrogów, których szeregi tylko wzrastały. Pierścień zaczynał parzyć jego skórę, kiedy Ariadne znajdowała się w niebezpieczeństwie, jednak to nie powstrzymało go od pojawienia się w klaustrofobicznej klitce w jednej z najpaskudniejszych dzielnic Londynu wiele godzin po zamachu na jej życie. Wkroczył do środka leniwym krokiem, podziwiając wybite szyby, złamany stół, ślady krwi ciągnące się po podłodze, ciała dwóch łowców wygięte w makabrycznych pozach na drewnianych panelach i półżywą czarownicę skuloną wśród szklanych odłamków. Rozkazała mu, by ją chronił i odpowiadał na wezwanie, jednak nie dodała, że powinien to robić natychmiast. Prawdopodobnie liczył na to, że łowcy ją zamordują i tym samym uwolnią go spod jej jarzma, ale się przeliczył. Potrafiła o siebie zadbać, po prostu z wampirem u boku jako tarczą było jej łatwiej.
UsuńTylko ta tarcza była cholernie uparta i krnąbrna. Na pewno dzięki Sebastianowi poznała wagę słów.
Jej wilgotne od deszczu włosy kręciły się jeszcze bardziej niż zwykle, kiedy zaglądała do pomieszczeń, kręcąc głową, gdy natrafiała na kolejne pokoje przypominające plan serialu historycznego. Zastanawiała się, czy wszystkie wampiry były równie sentymentalne, czy trafił jej się taki okaz. Sebastian musiał ją słyszeć, nie próbowała się maskować, a mimo to wciąż nie przychodził; wreszcie znudzona i zirytowana tymi podchodami skierowała się w stronę biblioteki, wiedząc, że stanowiła jego słaby punkt i w ten sposób najszybciej mogła go do siebie ściągnąć.
Drgnęła, słysząc jego głos. Bywały takie momenty, kiedy pragnęła, by nazwał ją Arią. To nie jego głos chciała usłyszeć, nie o tych wargach składających się na jej imię marzyła, ale w tej chwili mężczyzna był jedynym, który znał jej tożsamość. Czasami przychodziła do jego domu tylko po to, by przypomnieć sobie, kim naprawdę była i jaki miała cel. Pamiętał jej imię, pamiętał jej historię, podczas gdy cały świat zapominał, a ludzie mieli ją za Jacqueline Maycott.
Sebastian stanowił jej kotwicę, choć nie sądziła, by o tym wiedział. Gdyby miał świadomość, jak ważne było dla niej to, że zwracał się do niej jej prawdziwym nazwiskiem, zapewne przestałby to robić. Obiecał jej w końcu, że będzie ją ranił, aż nie pozostanie z niej nic.
— Uważaj, Archer. To brzmiało prawie tak, jakbyś się cieszył, że mnie widzisz. Jeszcze uznam to za zaproszenie, żeby częściej cię odwiedzać — rzuciła beztrosko, odrywając wzrok od półek ciągnących się aż do sufitu, by spojrzeć na niego przez ramię. Przez chwilę przypatrywała mu się w milczeniu z przechyloną głową, jakby miała przed sobą zagadkę, której mimo usilnych prób nie potrafiła rozwiązać, po czym jej oczy rozszerzyły się w przebłysku zrozumienia. — Jesteś w złym humorze — oceniła. Nie tak łatwo było rozgryźć pijawkę, która przez stulecia doszła do perfekcji w maskowaniu swoich uczuć, jednak Ariadne powoli się go uczyła. Spędzała z nim więcej czasu niż powinna, czy to na sali wykładowej, gdzie zaciekle próbował ją ośmieszyć, czy to w jego domu, gdy kręciła się po różnych pokojach, czasami z fascynacją małej dziewczynki bawiąc się zabytkowymi przedmiotami z dziewiętnastego wieku i mimowolnie zaczynała poznawać jego nawyki. — Kolejna wiedźma odmówiła ci pomocy? Mówiłam ci, że tak będzie, ale jak przystało na staruszka jesteś cholernie uparty. Dalsze próby mogą co najwyżej doprowadzić do twojej przedwczesnej śmierci, a wydawało mi się, że mimo tylu lat na karku nie spieszy ci się do grobu — prychnęła Aria. Niewiele czarownic sięgało po czarną magię, nie były wystarczająco silne, by mierzyć się z jej mocą, zwłaszcza że spłynęła na nią siła całego zamordowanego rodu. Zaklęcie spowijające pierścień było wyjątkowo skomplikowane utkane i była z niego cholernie dumna, łączyło czarną magię i magię natury, która domagała się równowagi. A ponieważ uwrażliwiła Sebastiana na swoją moc, jednocześnie musiała go uniewrażliwić na moc innych czarownic, by zachować balans, dlatego tym trudniej było mu uzyskać pomoc od innej wiedźmy.
Wspięła się po schodkach wyżej, w nikłym świetle przeglądając wykaligrafowane na grzbietach tytuły w poszukiwaniu czegoś, co okazałoby się przydatne na kolokwium. Właściwie nie wiedziała, dlaczego tak bardzo się tym przejmowała; mogłaby pstryknąć palcami, a wszystkie oceny w jej indeksie zamieniłyby się na piątki, jednak… ona zachowywała się niemal tak, jakby miała coś do udowodnienia temu aroganckiemu krwiopijcy.
UsuńZ niezadowoleniem pokręciła głową, gdy nie znalazła na półkach nic ciekawego i spojrzała na dół, uśmiechając się szeroko.
— Złap mnie! — zawołała. Bez wahania zeskoczyła ze schodków, pędząc na bolesne spotkanie z twardą podłogą, ale już po chwili poczuła, jak pewnie chwytają ją silne ramiona, zaciskając się wokół jej sylwetki i powstrzymując ją przed upadkiem. Zaskoczenie wydusiło powietrze z jej płuc i przez chwilę kręciło jej się w głowie, ale zaraz roześmiała się głośno, stawiając lekko trzęsące się nogi na ziemi.
Odwróciła się w jego kierunku z drapieżnym wyrazem twarzy.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego tu jestem? Minął miesiąc, Sebastianie. Dla ciebie to mniej niż mrugnięcie okiem, ale dla mnie to długi okres czasu. Cały miesiąc, a ty nie okazałeś się przydatny. Nie zrobiliśmy żadnych postępów. Wszystkie tropy były fałszywe albo urywały się w połowie, stoimy w miejscu. Moja cierpliwość zaczyna się kończyć — wyjaśniła Ariadne złudnie spokojnym tonem. Przechadzała się wzdłuż regałów, sunąc palcami po grzbietach równo ustawionych, starych woluminów, kolekcji, której uzbieranie musiało zająć mu całe wieki. Wiedziała, że to miejsce było dla niego ważne; pozwalał jej myszkować po całym domu, ale kiedy tylko zaglądała do jego prywatnej biblioteki, natychmiast materializował się u jej boku. — To fascynujące, jak wielkim przywiązaniem darzysz to miejsce. Co znaczą dla ciebie te wszystkie książki? Nie przywrócą ci czasów, z których pochodzą. Nie spotkasz znowu ludzi, którzy je napisali, którzy ci je podarowali albo sprzedali. Więc dlaczego tak bardzo ci na nich zależy? — zapytała, sięgając po egzemplarz, który wyglądał na niezwykle stary i wartościowy. Odwróciła się w kierunku wampira, a kąciki jej warg uniosły się w słodkim, złowieszczym uśmiechu. — Najwyraźniej wolność nie jest dla ciebie wystarczającą motywacją, pijaweczko. Może powinnam palić jedną książkę z twojej prywatnej kolekcji za każdy dzień zwłoki? Może wtedy wykazałbyś się większym entuzjazmem i chęcią do współpracy? — zastanawiała się głośno Ariadne, nie spodziewając się usłyszeć od niego żadnej odpowiedzi. Pstryknęła palcami i na opuszkach jej palców rozbłysły krwistoczerwone iskry. Płomień rósł, oświetlając jej twarz, tańcząc w jej oczach; pod wpływem magii jej źrenice rozszerzyły się, niemal w całości pochłaniając tęczówki, co działo się za każdym razem, kiedy sięgała po zakazane zaklęcia, potęgę, która powinna była pozostać poza jej zasięgiem, a z którą igrała niemal każdego dnia, ciągle nienasycona.
nieobliczalna zmora ♥
Ariadne mogłaby zabronić mu spotykać się z innymi czarownicami. Starannie sformułować polecenie, które uniemożliwiłoby mu szukanie pomocy u jej sióstr i braci, powstrzymać go przed szukaniem furtki, która pozwoliłaby mu się uwolnić bez spełnienia postawionych przez nią warunków. W tej chwili mógł pozbyć się pierścienia, a wraz z nim wiążącej go klątwy tylko w czterech przypadkach: gdyby on lub Aria umarli, gdyby postanowiła zdjąć sygnet z jego palca lub gdyby udało jej się pomścić śmierć rodziny. Bawiło ją jednak to, że wampir się nie poddawał, lubiła patrzeć, jak rozpaczliwie wił się w jej sieci, szukając rozwiązania, które nie istniało. Obserwowała, jak rozpalała się w nim iskra nadziei, kiedy udawało mu się wytropić kolejną potężną wiedźmę i jak ten blask gasł, zdmuchnięty przez świadomość, że nadal nie udało mu się znaleźć ucieczki od wiążącego go zaklęcia. W takich chwilach przypominał jej ją samą i odnajdywała pokręcone pocieszenie w tym, że nie ona jedna kręciła się w miejscu, chwytając się ochłapów informacji, które prowadziły ją donikąd.
OdpowiedzUsuń— Powinieneś liczyć na to, by jak najwięcej czasu minęło, zanim inne czarownice podążą moim śladem. W przeciwnym razie już wkrótce staniesz się świadkiem, jak cała twoja rasa zostanie zniewolona i staniecie się niczym więcej jak tylko ulubionymi maskotkami wiedźm. Zakładałam, że zależy ci na twoim gatunku, jednak najwyraźniej jesteś takim samym egoistą jak cała reszta — stwierdziła Ariadne beztrosko, wzruszając ramionami, ponieważ w gruncie rzeczy było jej obojętne, czy znajdzie się druga czarownica na tyle odważna – czy może raczej szalona – by spróbować podstępem zniewolić wampira. Stworzyła swego rodzaju precedens i trudno było określić, jak jej działania odbiją się echem w świecie zamieszkanym przez nadnaturalne istoty, które z reguły trzymały się swoich pobratymców. Zdarzały się związki czy przyjaźnie międzyrasowe, lecz na większość nich patrzono krzywo, dlatego pary trzymały się z daleka od dużych ośrodków, w których można byłoby znaleźć zgromadzenie nadprzyrodzonych. Aria od dzieciństwa miała wpajane, że nie powinna zadawać się z krwiopijcami i kundlami, spoufalanie się z nimi traktowano jako zbrodnię przeciwko sabatowi; stosunki międzyrasowe były w teorii pokojowe, jednak pozostawały napięte i czasami wystarczała drobna eskalacja konfliktu w jednym z londyńskich barów, by znaleźli się na granicy wojny. Nigdy nie kwestionowała tej nienawiści, wychodząc z założenia, że tam, gdzie znajdowały się różne siły obdarzone podobną potęgą, musiało dochodzić do konfrontacji, a jej zadaniem było chronienie swoich przed wrogimi siłami. Natura i magia były ze sobą nierozerwalnie połączone i obie domagały się równowagi, dlatego do tej pory mimo wzajemnej niechęci czarownice, wampiry i wilkołaki były w stanie ze sobą współegzystować na jednym terenie. Ariadne zaburzyła tę harmonię, chociaż wtedy nie brała pod uwagę dalekosiężnych skutków, skupiała się jedynie na tym, że mijały kolejne lata, a ona stała w miejscu i ta frustracja sprawiła, że zaczęła sięgać po coraz bardziej ekstremalne rozwiązania.
— Ranisz mnie, Sebastianie. Oczywiście, że istnieje jakieś my. Mówisz tak, jakbym podstępem zmusiła cię do tej relacji, a przecież oboje wiemy, że nie umiesz oprzeć się mojej cudownej osobowości i dlatego się wokół mnie kręcisz — rzuciła zupełnie niezrażona jego tonem i tymi oburzającymi insynuacjami. — Mojego słabego, bezużytecznego, ale zapomniałeś dodać jakże seksownego tyłka. Sam przyznasz, że tak jędrne pośladki zasługują na ochronę — poprawiła go Aria z szelmowskim uśmiechem. Prawdopodobnie powinna się bać. Znajdowała się w pomieszczeniu z wampirem, który wyrwałby jej bijące serce prosto z klatki piersiowej z szerokim uśmiechem na twarzy, gdyby nie powstrzymywała go jej magia powoli, acz nieustępliwie wysysająca z niej energię, a mimo to nie przestawała z nim igrać.
Przekonała się już, że wyzwiska i obelgi na niego nie wpływały, więc obecnie wykorzystywała inne podejście, starając się doprowadzić go do szału podobnie aroganckimi uwagami, jakby za cel postawiła sobie wywołanie u niego jakichkolwiek emocji. Nudziła ją jego lodowata obojętność, wolała te momenty, w których marzył o jej przedłużającej się agonii przy łamaniu każdej kości znajdującej się w jej ciele. Gdyby miała w sobie jeszcze jakiś instynkt przetrwania, zapewne już dawno wyłby on na alarm, nie powinna drażnić wampira, który od miesiąca szukał sposobu na zamordowanie jej, ale… Ariadne wyzbyła się lęku, odkąd cała jej rodzina została zmieciona z powierzchni ziemi. Miała tylko jeden cel: znaleźć zabójców i ukarać ich w najbardziej okrutny sposób, jaki przyjdzie jej do głowy, delektując się każdą sekundą ich bólu. A później zamierzała przyjąć z ulgą to, co miała ze sobą przynieść furia Sebastiana. Wolność w postaci śmierci. Czekała na ten moment, jednocześnie podsycając tkwiącą w wampirze urazę, bawiła się nim, jednocześnie nie czując niczego.
UsuńZ reguły potrafiła ignorować jego krytykę i przytyki, jednak tym razem udało mu się uderzyć w jej najsłabszy punkt, przez co nie umiała zachować dystansu ani zbyć jego bezlitosnych słów ironicznymi, bezczelnymi uwagami. Rzuciła grubym tomiszczem w wampira, celując w głowę i po raz kolejny żałowała, że miał taki dobry refleks; oczywiście mogłaby kazać mu stać nieruchomo i dla zabawy rzucać w niego ciężkimi przedmiotami, ale nie miałaby z tego żadnej frajdy.
— Nie wiem, jakie mam zadać pytania! Nawet nie wiem do kogo mam je skierować! Minęło sześć pieprzonych lat, a ja mam okruchy, które do siebie nie pasują i wkurwiającego krwiopijcę na smyczy, który lubi mi wytykać błędy, a poza tym jest zupełnie bezużyteczny! — warknęła. Ta bezsilność ją niszczyła. To właśnie bezradność w pierwszym odruchu popchnęła ją w kierunku czarnej magii. Próbowała wszystkiego, by dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy, a nie była bliżej odpowiedzi. Niekonwencjonalne metody, po które sięgnęła w ostateczności, pomogły jej tylko uzyskać kolejnych wrogów i przemądrzałą pijawkę. — Nikt nie chce się przyznać do ataku. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle doszło do masakry, wiem tylko, że nie była przypadkowa. Specjalnie poczekali, aż cała moja rodzina znajdzie się w jednym miejscu, komuś cholernie zależało na tym, żeby zniszczyć za jednym zamachem cały ród Harding, ale to wciąż są tylko moje domysły! Żadnych poszlak, żadnych faktów, nic. Jak można zabić kilkadziesiąt ludzi i nie pozostawić śladu? — Ariadne wsunęła palce we włosy i szarpnęła, nie przyniosło jej to jednak ulgi. Nie chciała żyć. Tak kurewsko żałowała, że jako jedyna przetrwała, cała ta odpowiedzialność ją przygniatała, nie pozwalając jej oddychać. Nie potrafiła się już z niczego cieszyć, nie umiała odczuwać szczęścia, nie kiedy miała świadomość, że jej rodzice i młodsze rodzeństwo nie mogło już zaznać radości. Trwała tylko dlatego, że była im winna odnalezienie mordercy oraz wymierzenie sprawiedliwości. W przeciwnym razie już dawno temu spróbowałaby do nich dołączyć.
Być może Aria byłaby w stanie zrozumieć, co oznaczały dla niego te książki, gdyby był gotowy podzielić się związanymi z nimi doświadczeniami, tymczasem wiedziała, że nigdy ich nie usłyszy, nigdy ich nie pozna. Ponieważ gdyby nie byli swoimi wrogami z powodu międzyrasowej nienawiści, których początków nawet nie znała, uczyniła sobie z niego największego nemezis w momencie, w którym nagięła jego wolę do własnych korzyści. Pewnego dnia Sebastian zakończy jej życie, a ona nie zamierzała przywiązywać się do swojego kata, który w dodatku miał skłonność do melancholii.
— Co ci przyszło z tej cierpliwości i pokory? Jedyną ekscytującą rzeczą w twoim życiu jestem ja. Zatracasz się we wspomnieniach, zamiast doświadczać czegoś nowego, utknąłeś gdzieś w przeszłości i nie umiesz już czerpać z teraźniejszości. Spodziewałam się po tobie chociaż odrobinę walki, ale nie… Wiesz, jak banalnie łatwo było cię oswoić? Jakbyś czekał na to, aż ktoś przejmie nad tobą kontrolę i zwolni cię z obowiązku podejmowania decyzji za samego siebie, bo straciłeś motywację, by robić cokolwiek. Na co ci te wszystkie stulecia, cierpliwość i pokora, skoro na koniec masz tylko to? Bibliotekę, którą mogłabym spalić za pomocą jednej myśli? — parsknęła Aria, rozglądając się po pokoju, jakby oczekiwała, że znajdzie tutaj coś więcej. Obecność osób, które kiedyś kochał i które kochały jego, ale to była ułuda. Nie był zdolny do żadnych ciepłych uczuć. Nie odrodził się jako wampir, raczej jako twarda, bezduszna skała. Nie potrzebowała wieczności, jeśli miała zamienić się w coś takiego jak Sebastian po wielu samotnych wiekach. Ona sama już odchodziła od zmysłów bez swoich bliskich, a on był po prostu pusty. — Nie da się przyzwyczaić do poczucia straty, Archer. Ty po prostu zgnuśniałeś. Jesteś teraz bardziej martwy niż w dniu, w którym naprawdę umierałeś i zostałeś przemieniony w wampira. Zapomniałeś, jak to jest czuć cokolwiek, dlatego wydaje ci się, że poczucie straty już cię nie dotyczy… Może byłoby mi cię nawet żal i tej twojej głupoty, gdyby nie to, że jesteś przy tym pretensjonalnym dupkiem, który nie zdaje sobie sprawy z własnej tragedii.
UsuńNie żeby ją to interesowało. Skoro zamierzał tak marnować cały potencjał kryjący się w nieskończonych latach nie planowała go powstrzymywać. Po prostu irytowało ją, że przy tym starał się zgrywać lepszego od niej, udowadniając swoją wyższość, która właściwie nie istniała. On podlegał jej. Mógł grać w swoją grę, lecz ostatecznie to ona miała kontrolę nad nim i jeśli tylko chciała, mogłaby go upodlić w najgorszy sposób, robiąc sobie z niego salonowego pieska. Chyba była dla niego za dobra, skoro odzywał się do niej w ten sposób.
— Ciekawą nagrodę? — powtórzyła, unosząc brwi. Jednym z pierwszych rozkazów, jaki wydała Sebastianowi, było milczenie na temat jej tożsamości; nie mógł nikomu zdradzić, że to Ariadne Harding była jego panią, nałożyła na niego zakaz wypowiadania jej prawdziwego imienia i nazwiska w towarzystwie osób trzecich, a także zapisywania go na kartce, kiedy uświadomiła sobie, że musiała być bardzo dosłowna w swoich poleceniach. Nie martwiła się więc, że zdradzi jej kryjówkę łowcom, ale krwiopijca potrafił być kreatywny, więc może udało mu się znaleźć jakiś sposób. — Dorzucili coś jeszcze oprócz pieniędzy? Byłam trochę rozczarowana, że za tak piękną główkę oferowali nędzne funty — przyznała z kpiną oraz niezadowoleniem w głosie Ariadne. Sądziła, że zasłużyła na większy bonus przez swoje wątpliwe osiągnięcia. Chyba powinna powkurzać większą liczbę łowców, żeby zaczęli ją traktować na poważnie. — Jestem prawie wzruszona, tak bardzo zależy ci na moim dobru, że sprawdzasz, ile chcą za moją głowę. Twoja troska doprawdy chwyta za serce… — Dramatycznym gestem chwyciła się za klatkę piersiową, po czym zajęła miejsce w drugim fotelu, przerzucając kolana przez jeden z podłokietników. — A skoro już o tym mowa… Wyleciało mi z głowy, że moja wizyta miała jeszcze jeden cel. Wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. Całkiem możliwe, że była to mała wataha wściekłych wilkołaków… Dobrze wiesz, że specjalizuję się we wpychaniu kija w mrowisko. Zajmiesz się nimi, prawda, pijaweczko? Czułam, że ci się nudzi i postanowiłam zapewnić ci trochę rozrywki. A ja w tym czasie pouczę się na to twoje kolokwium. Mógłbyś mi chociaż powiedzieć, z której książki wziąłeś pytania… Tylko postaraj się być cicho, kiedy będziesz rozszarpywał im gardła, nie chcę, żebyście mi przeszkadzali w nauce.
wyjątkowo bezczelna istota, która próbuje tchnąć w was nieco życia ♥
Umierała.
OdpowiedzUsuńPrawdopodobnie oboje byli tego świadomi. On nic nie mówił, zapewne czekając na dzień, w którym okaże się zbyt słaba, by go powstrzymać; ona udawała, że wcale nie wzdrygała się, kiedy rzucał jej w twarz, że z tak żałosnymi postępami będzie szukała odpowiedzi przez następne sześć lat, bo wiedziała, że nie miała tych sześciu lat. Mrok pozwalał jej z siebie dowolnie czerpać, dzięki czemu rzucane przez nią zaklęcia były potężne, ale choć nie był siłą natury pozostającą pod ścisłą kontrolą zasad wszechświata, równowaga nadal musiała zostać zachowana, co oznaczało, że z każdym dniem jej siły drastycznie słabły. Każda decyzja miała swoje konsekwencje, niektóre były długofalowe, innych skutki odczuwała natychmiast. Od wielu lat sięgała po zbyt duże pokłady magii, uwalniając je z siebie w niekontrolowany sposób, przez co jej własne zdrowie zostało nadszarpnięte, prawdopodobnie w nieodwracalny sposób, a teraz dodatkowo nałożyła na siebie ciężar utrzymania na smyczy wampira o równie nieugiętej, stalowej woli jak ona. Sebastian mógł sądzić, że uciskające go kajdany więziły tylko jego, ale w rzeczywistości ona również została spętana przez tę klątwę, która karmiła się jej siłą witalną. Im bardziej rozkazy Ariadne były sprzeczne z intencjami tej upartej pijawki, tym więcej energii musiała włożyć w wyegzekwowanie posłuszeństwa, a Sebastian z czystej złośliwości był przeciwny wszelkim jej pomysłom i poleceniom, dlatego nie wykorzystywała go tak często i do tak szerokiego spektrum zadań, do którego mogłaby go używać, wyciągając z tej więzi prawdziwe korzyści. Była zmuszona ograniczać się do najbardziej podstawowych rozkazów, do wybierania elementów, na których najbardziej jej zależało, pozostawiając mu częściową swobodę w dość dużym zakresie, chociaż zapewne on sam nie postrzegał tego w ten sposób, uważając za uwłaczające sam fakt, że młoda czarownica przejęła nad nim władzę za pomocą podstępu i sygnetu stanowiącego nieustanne przypomnienie o jego głupocie. Jej działania stawały się coraz bardziej ryzykowne, nie wynikało to jednak z jej braku rozwagi, a z desperacji, ponieważ wiedziała, że kończył jej się czas; szybciej niż innym ludziom i czarownicom, a nie mogła odejść, dopóki nie dopadnie morderców odpowiedzialnych za masakrę.
— Może nie mam nadnaturalnej siły ani prędkości, ale… po co mi ona, skoro mam wampira na swoich usługach? — spytała z niewinnym wyrazem twarzy Ariadne, podważając jego tezę. Sebastian uważał, że skoro jej rasa była bardziej ludzka niż inne nadnaturalne stworzenia, nie znajdą się czarownice gotowe narzucić jarzmo wampirom, ponieważ będą obawiały się o swoją przyszłość (całkiem słusznie, na co wskazywał jej własny przypadek, lecz nie zamierzała mówić o tym głośno, a już na pewno nie w towarzystwie krwiopijcy, który z zaskakującą cierpliwością szukał jej słabych stron i wrażliwych punktów, w które mógłby uderzyć). Ona z kolei wychodziła z założenia, że właśnie ta kruchość będzie popychała jej siostry do kolejnych prób, ponieważ wszystkim zależało na potędze. Sebastian powinien wiedzieć o tym najlepiej, widział w końcu wiele wojen, przetrwał kolejne bezsensowne walki. Z tego, co wiedziała, wśród wampirów również się one zdarzały, dlatego nie powinien być zaskoczony, że inne rasy również szukały sposobów na wzmocnienie swoich sił i zdobycie przewagi. Jej samej jednak nie interesował cały świat, potyczki, większy cel czy inne głupoty. Ona skupiała się na osobistej wendecie, nie przejmując się całą resztą. Dla niej świat mógłby spłonąć, a ją niespecjalnie by to obeszło, ponieważ nie było już niczego, na czym szczerze by jej zależało.
Aria z trudem zwalczyła uśmiech cisnący jej się na wargi, ponieważ jego oburzenie wzbudzone przez jej niestosowne komentarze zawsze ją bawiło. Był dojrzałym facetem, miał na karku kilka setek lat, a miała wrażenie, że gdyby tylko był żywy, rumieniłby się jak cegła pod wpływem jej słów. Przy czym jeszcze na dobrą sprawę nie zaczęła się rozkręcać.
— Zapomniałam, że pochodzisz z epoki, w której pokazanie damskiej kostki uchodziło za skandal! Speszyłam cię? Pewnie padłbyś trupem z zawstydzenia, gdybyś nie był już martwy — drażniła się z nim Ariadne i gdyby to był ktokolwiek inny, pewnie można byłoby to uznać za oznakę sympatii. W ich przypadku nie było miejsca na podobnie ciepłe uczucia i należało jej słowa określać jako prześmiewcze. — Och, zawsze wprost doskonale się bawię w twoim towarzystwie. Jesteś równie rozrywkowy co tamta ściana. — prychnęła, wywracając oczami. — Myślisz, że nie wolałabym być teraz w innym miejscu? — Tak naprawdę żadne miejsce nie przychodziło jej specjalnie do głowy, ale o tym wiedzieć nie musiał. Czerpała odrobinę przyjemności z wyprowadzania go z równowagi, gdy pokazywał jej coś ponad beznamiętną maskę, która trwale przywarła do jego oblicza, lecz poza tym spędzanie czasu w jego gburowatym pobliżu przyprawiało ją o ból głowy i trudną do wyciszenia frustrację. Gdyby ktoś kazał jej wymienić trzy różnice między Sebastianem Archerem a skałą, nie umiałaby ich znaleźć. Był tak samo nudny, zimny i niezłomny.
Usuń— Starzejesz się, pamięć ci chyba szwankuje, bo w kółko mówisz to samo — rzuciła z irytacją Aria, gdy znowu zaczął jej wypominać to, że schwytanie go nie było dużym sukcesem (nieprawda, nikt przed nią tego nie dokonał, więc osobiście uważała to za osiągniecie, chociaż ona miała spaczone poczucie tego, co było godnym podziwu wyczynem).
Zacisnęła usta w wąską linię, wiedząc, że jej wybuch tylko poprawiłby mu samopoczucie, ale najgorsze było to, że… miał trochę racji. Tylko czy ktokolwiek mógł ją winić? Miała wtedy dwadzieścia dwa lata, cały znany jej świat się załamał. Była na tyle zrozpaczona, że nie miała żadnego planu, po prostu nie mogła zaakceptować tego, że nikt nic nie robił, by rozwikłać sprawę. Nie mogła znieść tej bezradności, musiała zacząć działać, jednak nie spodziewała się, że na jej stronie stanie tyle przeszkód.
— Mówisz tak, jakbyś sam nie traktował innych ras jako gorszych od siebie — burknęła pod nosem Ariadne, nieco defensywnie, ale wiedziała, że przez to jedynie zacznie bardziej traktować ją jak małe dziecko. Naprawdę rzygała już tym jego protekcjonalnym tonem i zachowaniem, jakby to on był najmądrzejszy. Pieprzony krwiopijca i jego nadmuchane ego. Prawda była taka, że sama kobieta była uznawana za dość… postępową. Jak zauważył sam Sebastian, ich przetrwanie opierało się na rozmnażaniu i zapewnieniu ciągłości rodowodu, lecz kolejne pokolenia coraz rzadziej przejawiały prawdziwą moc, na przestrzeni wieków wiele czarodziejskich rodów ucierpiało, przez co została ich garstka, stąd tak mocne zwrócenie ku tradycji w rozpaczliwej próbie utrzymania magii. Gdyby Aria była posłuszna sabatom, prawdopodobnie siedziałaby teraz zamknięta w dziczy i zajmowałaby się rodzeniem dzieci przez cały rok, by odbudować swoją linię, jednak nie mogła znieść dla siebie takiej przyszłości, która wydawała jej się być losem gorszym od śmierci. Nawet sam fakt, że poszła na studia, zostałby potępiony. Czarownice w większości skupiały się na podtrzymywaniu własnej wiedzy, rytuałów i obrzędów, nie do końca podobała im się asymilacja, tymczasem sama Ariadne odkrywała zaskakującą przyjemność w uczeniu się, z prawdziwą pasją zagłębiała się w niektóre manuskrypty z biblioteki Sebastiana, zwijając się w kłębek na dokładnie tym samym fotelu, na którym teraz siedziała. Był złośliwym wykładowcą, który lubił miażdżyć swoich studentów, jednak nie mogła nie doceniać tego, jaką wiedzę skrywał w swojej głowie.
Aria spojrzała na niego podejrzliwie, zastanawiając się, skąd wzięła się w nim nagła ciekawość oraz skłonność do współpracy. Wcześniej nie zadawał jej podobnych pytań i nie wiedziała, czy coś przegapiła. Co jeśli próbował to wykorzystać przeciwko niej? Teoretycznie miała go pod swoją kontrolą, ale w ogóle mu nie ufała. Mimo to pochyliła się w jego kierunku, kiedy pokazywał jej zdjęcie na telefonie i wzdrygnęła się niczym rażona prądem, kiedy na ekranie rozpoznała znajomą broszkę. Nie miała wątpliwości, że należała do jej matki, ponieważ w dzieciństwie przez przypadek Kailani wyszczerbiła jeden z rogów półksiężyca w dolnym prawym rogu, zupełnie tak jak na zdjęciu.
Usuń— Skąd to masz? — wyszeptała Aria, nawet nie próbując ukryć poruszenia, kiedy palcem wskazującym obrysowała linie broszki na fotografii. Był to prosty symbol Potrójnej Bogini, księżyce zostały wykonane ze skrzącego się onyksu oznaczającego siłę i moc, ale w przypadku przewodniczki sabatu był kamieniem mądrości. W obszarze środkowego pola zajmowanego przez księżyc w pełni została wrysowana złota pszczoła z najmniejszymi szczegółami, symbolizująca śmierć, nieśmiertelność oraz zmartwychwstanie. Było to teraz dość ironiczne, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy zginęli.
Ariadne opadła z powrotem na fotel, ale wydawała się być dziwnie wyczerpana. Jej twarz pozostawała tak samo młoda, a mimo to patrząc na nią miało się w tej chwili wrażenie, że miało się przed sobą o wiele starszą, bardziej zmęczoną życiem osobę, która doświadczyła zbyt wiele w zbyt krótkim czasie. Czuła na sobie jego palące spojrzenie, które wiele studentek uznawało za przerażające, jednak ona lubiła intensywność jego tęczówek w tym wyjątkowym, niespotykanym odcieniu, ponieważ wydawało jej się, że widziała w nich bliźniacze odbicie własnego bólu. Żyjąc tak długo, musiał zasmakować podobnej straty.
— Z nikim nie podzielisz się szczegółami dotyczącymi tajemnic sabatu. Dla ciebie nic nie znaczą, dla nas są święte — powiedziała wreszcie, w jej głosie brzmiała stalowa nuta rozkazu. Czekała, aż te słowa w niego wsiąkną. Te słowa nie opuszczą tego pokoju byłoby zgubnym sformułowaniem, mógłby po prostu kogoś przyprowadzić do biblioteki i tutaj mu wszystko opowiedzieć. Gdyby z kolei zabroniła mu całkowicie o tym mówić, w swojej złośliwości mógłby uznać, że nie mógł w ogóle mówić o masakrze z Camden i wtedy śledztwo znowu utknęłoby w martwym punkcie. Naprawdę musiała przy nim pilnować własnych słów. Odetchnęła, zbierając się w sobie. Postanowiła najpierw odpowiedzieć na te najprostsze dla niej pytania. — Niektóre wiedźmy potrafią wyczuć magię. Jak sam zdążyłeś się przekonać, jestem całkiem utalentowana, zawsze potrafiłam rozpoznać czary, czasami rozpoznać zaklęcia nawet sięgające kilku miesięcy wstecz, jeśli rytuał był potężny albo kilka lat, jeśli był związany z ziemią i gleba jest nim przesiąknięta. Problem w tym, że kiedy dotarłam na miejsce… Nie byłam w najlepszym stanie — przyznała, czując, jak ciepło uderza jej do policzków, bo było jej wstyd z tego powodu. — Nie sądzę, żebyś potrafił zrozumieć subtelności magii, ale wiedz, że przyjęcie takiej ilości mocy w tak krótkim czasie mogłoby zabić słabszą czarownicę. Byłam… bardzo zdezorientowana. Wszystko było zamglone, moje zmysły stłumione i nie wiem, czy to była wina mojego stanu, czy ktoś rzucił zaklęcie obejmujące cały teren, by ukryć to, co działo się w środku. — Aria poderwała się z fotela. Wyraźnie nie była w stanie wysiedzieć spokojnie, gdy przywoływała wspomnienia z tamtej tragicznej nocy.
— To był dzień inicjacji. Odprawia się wtedy specjalny rytuał, zbiera się cała rodzina, żeby przyjąć nowego członka, a później świętuje się przy świetle księżyca aż do pierwszych promieni słońca. Moja siostra ukończyła dwadzieścia lat, co oznaczało, że mogła zostać pełnoprawną członkinią sabatu. Wszyscy tam byli, ja też miałam być, ale… Nie pamiętam — dodała z frustracją, wsuwając palce we włosy i lekko ciągnąc, jakby to miało jej pomóc sobie przypomnieć. — Nie mam pojęcia, dlaczego mnie tam nie było. Nie wiem, dlaczego obudziłam się w zupełnie innej części miasta, dlaczego czułam się tak, jakby ktoś mnie naćpał. Wszystko jest we fragmentach. Na pewno poczułam wypełniającą mnie moc i wiedziałam, że dzieje się coś złego. Teleportowałam się na miejsce, ale… nie zostałam wpuszczona do środka. W trakcie rytuału dom jest otaczany ochronną magią, która pozwala wejść do środka tylko członkom danego sabatu i z jakiegoś powodu nasza bariera nie rozpoznała mnie jako swojej. Nie wiem, czy wynikało to z mocy, która na mnie spłynęła, więc nie przypominałam jej siebie, czy może ktoś maczał palce w zaklęciu, przez co nikt nie mógł wejść do środka. Musiałam czekać, aż mur opadnie, do wschodu słońca, chociaż wypróbowałam wszystkie możliwe sposoby, żeby dostać się do środka. A tam… — Cała krew odpłynęła z jej twarzy. Wyglądała, jakby walczyła ze sobą, żeby nie zwrócić na podłogę całej zawartości swojego żołądka. — Nie bez powodu nazwali to Masakrą z Camden. Krew była wszędzie. Wnętrzności też… Część… została rozczłonkowana, prawdopodobnie za życia. Ciała zostały zmasakrowane tak, że były właściwie nie do rozpoznania i trudno było określić, czy… zrobił to wilkołak, wampir czy może inna istota.
UsuńSebastian prawdopodobnie po raz pierwszy mógł zobaczyć ją okazującą słabość. Nawet nie próbowała kryć się za swoimi mechanizmami obronnymi, ten widok wstrząsnął nią tak bardzo, że nie umiała poskromić emocji nawet po tylu latach. To była jej rodzina, osoby, które kochała najbardziej na świecie, a zostali… okaleczeni w obrzydliwy sposób.
zła wiedźma, która kiedyś miała serce
Kąciki ust Ariadne wygięły się nieznacznie ku górze, a w jej tęczówkach rozbłysła niezdrowa, gorączkowa fascynacja. Czy to było popieprzone, że z niecierpliwością, niemal ekscytacją wyczekiwała dnia, w którym łączące ich zaklęcie ulegnie wyczerpaniu i Sebastian, niespętany dłużej jej magią oraz przymusem chronienia jej za wszelką cenę, zbliży się do niej po raz ostatni, by pozbawić ją życia? Wiedziała, jaki czekał ją koniec i miała nadzieję, że przyjmie go z ulgą, mając świadomość, że wykonała swoje zadanie i spłaciła własną powinność względem jej wymordowanego rodu, krwi krążącej w jej żyłach, lecz to nie oznaczało, że miała zamiar cokolwiek mu ułatwiać i odejść gładko, bezproblemowo, nie stawiając mu oporu. Była ciekawa, co wyniknie z ich starcia; nie oszukiwała się, że będzie w stanie je wygrać, zakładała, że będzie wtedy zbyt osłabiona i przeżarta przez cenę czarnej magii, lecz wciąż czuła dreszcz zachwytu, kiedy wyobrażała sobie walkę dwóch istot o równie niezłomnej woli i wypełniających ich po brzegi nienawiści, która była równie silna, choć odrobinę inaczej ukierunkowana. Sebastian był lodową furią, podczas gdy ona była jasno gorejącym płomieniem, który powoli tracił siły, by przeciwstawiać się mrokowi, lecz nadal była ogniem. Odchodząc, miała zamiar wyrządzić jak najwięcej strat; wiedziała, że sprawi, by ten nieznośny, uparty wampir zapamiętał ją na zawsze, by jej twarz wryła się w jego pamięć na kolejne długie, samotne stulecia, jakie spędzi na świecie, obserwując zmiany, upadki kolejnych krajów, powstawanie nowych kultur i ich zanik. Gdyby Aria była u szczytu swojej potęgi, trudno byłoby określić wynik podobnego starcia, obecnie wydawało się być ono przesądzone z góry, mimo to wiedziała, że będzie delektowała się każdą sekundą. Czerpałaby radość nawet teraz z ich słownej szermierki przy kominku, z ich pojedynków na silną wolę, z ich sprytnej rozgrywki przesączonej subtelnością, w trakcie której oboje szukali swoich słabych punktów, rozkładali każdy swój gest na czynniki pierwsze, uczyli się siebie nawzajem, by tę wiedzę wykorzystać przy zadawaniu kolejnych ciosów, gdyby tylko miała czas, gdyby nie musiała wymierzyć kary mordercom odpowiedzialnym za Masakrę w Camden… Podobałoby jej się to, jak krążyli wokół siebie niczym pełni gracji tancerze w zabójczym tańcu, podobałoby jej się, że był tak frustrująco nieprzenikniony nawet dla niej, podobałoby jej się to, jak grozili sobie nawzajem z drapieżnymi uśmiechami na twarzach, ale nałożyła na siebie zbyt dużą presję, by na tym etapie potrafiła czerpać radość z czegokolwiek. Utraciła zdolność do odczuwania pozytywnych emocji wraz ze swoją rodziną, nie umiała znaleźć przyjemności w tym, że znalazła przeciwnika, który byłby godny jej uwagi w innych okolicznościach, który potrafiłby ją zaintrygować, jednocześnie doprowadzając ją na skraj szaleństwa…
OdpowiedzUsuń— Moje osiągnięcia w nauce wcale nie są mizerne. W końcu jeszcze nie wyleciałam ze studiów mimo twoich usilnych starań — zauważyła beztrosko Ariadne, posyłając mu długie, znaczące spojrzenie. Wszyscy na uniwersytecie zgodnie uważali, że Archer był najbardziej wymagającym, najtrudniejszym do zadowolenia wykładowcą, który wręcz z sadystyczną, perfidną przyjemnością oblewał kolejnych studentów, nie tolerując cwaniactwa, lenistwa ani drobnych pomyłek wynikających ze stresu, jednak z wyjątkową skrupulatnością utrudniał życie właśnie Arii. Wielu studentów posyłało jej współczujące spojrzenia i szeptało słowa pocieszenia w jej kierunku, jednak nawet jeśli dziwili się, dlaczego to właśnie na niej skupiła się największa niechęć prowadzącego, cieszyli się, że to nie oni znajdowali się w ogniu jego pytań i ignorowali całą sprawę. — Właściwie dlaczego zostałeś wykładowcą akademickim? Wiem, że kochasz historię i nie umiesz uwolnić się od przeszłości, ale dosłownie nienawidzisz studentów. Poza tym uzbierałeś w tym domu tyle antyków, że mógłbyś otworzyć prywatne muzeum — zauważyła Aria, chociaż trudno było powiedzieć, czy mówiła to złośliwie, czy była szczerze zainteresowana.
Po prostu nie rozumiała, dlaczego zdecydował się przebywać wśród ludzi, skoro o wiele bardziej swobodnie zdawał się czuć z daleka od innych, zamknięty w swoich bezpiecznych czterech ścianach skrywających pamiątki z jego życia.
UsuńAriadne spojrzała na niego z ukosa, przegryzając wnętrze policzka, przeklinając jego przenikliwość i własną nieostrożność. Nie spodziewała się, że jej cel był dla niego tak oczywisty, sądziła, że dobrze ukrywała swoje intencje, kiedy zaglądała do różnych pokoi. Sebastian nigdy otwarcie nie zabronił jej myszkowania – nie żeby to mogło ją zniechęcić i powstrzymać – więc założyła, że nie interesowało go, co tak naprawdę robiła w tych wszystkich pomieszczeniach, a ona… wbrew sobie była zaintrygowana. Początkowo traktowała go jedynie jako środek do celu, głupiego krwiopijcę będącego na każde jej skinienie, tarczę, która miała za nią oddać życie i broń, którą mogła wymierzyć w swoich wrogów. Był bardziej przedmiotem niż osobą w jej oczach, nie obchodziło jej nic, co było z nim związane tak długo, jak wypełniał swoje zadanie. Była wtedy… w dość paskudnym mentalnie miejscu i brakowało jej poczucia kontroli, więc wyżywała się na Sebastianie, każąc mu robić uwłaczające rzeczy dla jej rozrywki, żeby mogła poczuć się lepiej. A później zaczęła krążyć po tych wszystkich pomieszczeniach, odkrywać okruchy jego życia zamknięte w zgromadzonych, zabytkowych przedmiotach, dowiadywać się, że kochał swoje książki, namiętnie kolekcjonował białe kruki, z niechęcią podchodził do technologii, ale za to z zaciekawieniem odkrywał osiągnięcia współczesnej medycyny, cholernie trudno było w nim wywołać jakiekolwiek emocje, chociaż ona sama uważała się za ekspertkę od wkurwiania ludzi, rzadko tracił panowanie w jej obecności, właściwie się nie uśmiechał, a kiedy już to robił, jego tęczówki zdawały się przybierać cieplejszą barwę i… Nigdy nie powinna była widzieć w nim niczego więcej niż tylko pijawki będącej środkiem do jej celu, mimo to ciągle grała w tę głupią grę, gdy przekopywała się przez internet w poszukiwaniu antyków, jakie widziała w jego domu, żeby ocenić, z jakiego wieku pochodziły. Bo chciała wiedzieć. Jak miał naprawdę na imię, skąd pochodził, czy tylko wyobrażała sobie jakiś dziwny akcent, który czasem nadawał jego słowom ostrzejszego brzmienia, kiedy emocje na chwilę dochodziły do głosu, za czym tęsknił najbardziej, czy oferowana mu wieczność była błogosławieństwem, czy może stawała się przekleństwem…
— Okazało się, że mosiężny zegar latarniowy, na który ostatnio się natknęłam, pochodzi z Francji i jest z drugiej połowy XVII wieku, ale już zdecydowałam, że nie jesteś Francuzem i musisz być starszy — wyjaśniła Aria. To było nieco… abstrakcyjne. Nie umiała sobie wyobrazić tylu setek lat. Przeżył tak wiele żyć… Co go spotkało w trakcie upływających wieków? Czego doświadczył, co widział? Kręciło jej się głowie na samą myśl. Ta nieśmiertelność… może pod pewnymi względami była kusząca, jednak wydawała się być niesamowicie przytłaczająca i samotna. — Nie wypowiadasz słów jak Francuz, a w twoich zbiorach znalazłam rzeźbę znanego artysty z końca XVI wieku. Zachowały się jedynie szkice, znawcy twierdzą, że dzieło nigdy nie powstało… Więc albo sam stworzyłeś podróbkę, co jest wątpliwe, albo w jakiś sposób wszedłeś w posiadanie rzeźby, która nigdy nie ukazała się na salonach za życia artysty. Najbardziej logiczne wyjście jest takie, że po prostu tam wtedy byłeś. To był prezent dla ciebie? — Starała się nadać swojemu głosowi nonszalanckiego brzmienia. Jeszcze brakowało, żeby Sebastian uświadomił sobie, iż miała małą obsesję na punkcie odkrycia tajemnicy jego pochodzenia, chociaż było dość jasne, że musiała włożyć sporo wysiłku w ten research. Musiało go to cholernie bawić, może nawet napawał się swoim poczuciem władzy, tym, że miał nad nią przewagę chociaż na jednym polu. Mogłaby mu rozkazać, żeby powiedział jej prawdę o sobie, ale… miała dziwne opory.
Jakby chciała, żeby sam kiedyś jej o tym opowiedział, co było idiotyczne. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet znajomymi. Łączyła ich biznesowa transakcja i wzajemna niechęć. Doprowadzał ją do szału protekcjonalnym zachowaniem, nieustannie wytykał jej błędy, naśmiewał się z niej i jej zemsty, kpił z niej na każdym kroku. Ona zresztą nie pozostawała mu dłużna, udowadniając mu swoją wyższość nad nim, pokazując mu, że nic nie znaczył, drażniła go, lubując się w wyprowadzaniu go z równowagi… czy on właśnie potwierdził, że miała kuszące kształty, czy się przesłyszała?!
Usuń— Nie spodziewałam się, że taki nudziarz jak ty lubi równie ostre zabawy w łóżku — rzuciła drwiąco Aria, a na jej twarz wypłynął leniwy, zmysłowy uśmiech. — Zawsze miałam cię za pustelnika. Chyba powinnam jeszcze raz przespacerować się po twoim domu w poszukiwaniu ulubionych zabaweczek. Trzymasz pod materacem łańcuchy i pejcze czy jak przystało na rasowego krwiopijcę kręci cię tylko gryzienie? — zastanawiała się głośno, opierając podbródek na dłoni, jednocześnie w ten sposób próbując uciec od jego trafnej oceny. Bo ten dupek miał rację. Nie miała, gdzie się podziać, nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać… Pewnie mogłaby pójść do baru, upić jakiegoś biednego chłoptasia i spędzić z nim bezproblemową noc, żeby trochę się rozerwać, lecz ta perspektywa w ogóle jej nie pociągała. Nie tylko nie było w tym żadnej finezji, nie stanowiłoby to dla niej również żadnego wyzwania w porównaniu do słownych starć z pewnym wampirem, który jako jedyny znał jej tożsamość i paskudną część jej historii. — Jest całe mnóstwo miejsc, do których mogłabym pójść. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale jesteśmy w Londynie. Mnóstwo barów, klubów, koncertów i szalonych atrakcji, z których pewnie nie zdajesz sobie sprawy, skoro prowadzisz życie mnicha. Bez trudu znalazłabym ciekawsze towarzystwo od ciebie, które zajęłoby mnie odpowiednio na całą noc… — zakpiła, wywracając oczami. W takim razie dlaczego tutaj jesteś? ironizował nieznośny głosik w jej głowie. Mogła być wszędzie, a zamiast tego znalazła się w domu wkurzającego wampira. Prędzej ją piekło pochłonie, niż przyzna się do tego, że chciała tutaj być.
— Nie wpadłeś na to, że wybrałam cię, bo byłeś wyjątkowo zdesperowany i naiwny, a do tego nawinąłeś mi się pod ręce? — spytała, ponieważ absolutnie nie zamierzała dokładać swojej cegiełki do jego rozdmuchanego ego i potwierdzać teraz głośno, że naprawdę go wybrała po długich, starannych poszukiwaniach, że to nie był przypadek. Nadal nie umiała określić, co dokładnie ją do niego przyciągnęło, lecz to uczucie nadal w niej tkwiło, nadal pulsowało gdzieś w pobliżu jej serca, nieprzyjemnie się rozgrzewając, gdy Sebastian znajdował się bliżej niej niż powinien jak przystało na niewolnika. Na szczęście nie musiała się nad tym zastanawiać, ponieważ temat zaginionej broszki skutecznie odwracał jej uwagę. — Dlaczego ja nic nie wiem o tym miejscu? Skoro to magiczne artefakty, czarownice powinny być wtajemniczone. Jak wampir dowiedział się o podobnym miejscu, podczas gdy ja nie wpadłam na żadną wzmiankę? — zapytała z wyraźną nieufnością malującą się na jej twarzy. Była wyczulona na magię, nagromadzenie artefaktów powinno generować taką ilość energii, że Ariadne powinna była znaleźć podobny przybytek wiele miesięcy, jeśli nie lat temu. Jeżeli stosowane przez właściciela zabezpieczenia były na tyle potężne, że były w stanie ją oszukać… Kojarzyło jej się to z mocą, jaka została użyta, by powstrzymać ją przed wejściem do rodzinnego domu otoczonego ochronną barierą. Ten człowiek musiał coś wiedzieć i… Nie. Nie mogła sobie pozwolić na to, by poczuć nadzieję, skoro to mógł być kolejny fałszywy trop. — Ta broszka nigdy nie powinna był tam trafić. Nie mieli prawa jej dotykać — wycedziła wreszcie Aria przez zaciśnięte zęby, czując, jak ogarnia ją złość. To było jej dziedzictwo, coś o wiele większego niż zwykły przedmiot, który można było kupować i sprzedawać. Miała ochotę zamordować każdego, kto położył łapy na broszce zdartej z ciała jej umierającej matki.
Aria obserwowała go w milczeniu, w tej chwili w jej źrenicach zionęła przerażająca, martwa pustka. Czekała cierpliwie, aż Sebastian przestanie walczyć, czuła, jak próbuje uciec spod narzuconego mu jarzma, jak stawia jej opór, chociaż wiedział, że to były bezsensowne działania. Nie mógł z nią wygrać, przynajmniej jeszcze nie. Zacisnęła mocniej wargi, które aż pobielały, lecz poza tym starała się w sobie zdusić własną reakcję na to określenie. Wiele osób uznałoby je za pieszczotliwe, wręcz słodkie, ale dla niej było niczym wymierzenie policzka, zwłaszcza że mężczyzna wiedział, iż pszczoła była symbolem przypisanym jej sabatowi, jej rodzinie. Wyśmiewał się z niej w oczywisty sposób, jednocześnie wbijając szpilę w miejsce, które najbardziej ją bolało.
UsuńAriadne zrobiła wszystko, co w jej mocy, by odzyskać pamięć. Nie ufała innym czarownicom, a mimo to była na tyle zdesperowana, by wypić eliksir przygotowany przez jedną z najbardziej utalentowanych wiedźm, lecz nie przyniósł on efektu. Magiczne amulety, nawet okrutne zabaweczki łowców, obrzydliwe toniki, sesje hipnozy, próbowała doprowadzić się na granicę śmierci, oczekując, że to coś odblokuje w jej umyśle, ale jej wspomnienia nadal były zasnute gęstą warstwą mgły. Karała samą siebie na wiele różnych sposobów za własną bezużyteczność. Sebastian nie musiał jej przypominać, że była nieudolna; wolałaby wtedy umrzeć ze swoją rodziną, zamiast tułać się po świecie, nie potrafiąc sobie nawet przypomnieć, dlaczego nadal żyła.
Zmarszczyła brwi. Wampir chodził po tym świecie o wiele dłużej od niej, więc to naturalne, że posiadał bardziej rozległą wiedzę, ale… Odkrywał przed nią zupełnie nowe gałęzie magii, z których nie zdawała sobie sprawy i to ją martwiło. Wkraczała na zupełnie nieznane terytorium, za przewodnika mając niechętnego krwiopijcę, który planował zamordować ją przy pierwszej okazji. Poltegreist? Medium? Nigdy nie spotkała na swojej drodze osoby, która panowałaby nad duchem na tyle, by wydawać mu polecenia, doprowadzając do masakry całego sabatu.
— Dlaczego? — wydusiła z siebie, ale to pytanie nie było skierowane do Sebastiana. Dlaczego ktoś miałby to zrobić? Czy jasnowidz działał w pojedynkę, czy może był tylko pionkiem w większej grze? Dlaczego to ród Harding padł ofiarą ataku, na przestrzeni ostatnich sześciu lat żadna podobna zbrodnia nie miała miejsca, a gdyby coś takiego wydarzyło się wcześniej, mężczyzna musiałby o tym wiedzieć, ponieważ wymordowanie całego sabatu nie mogło przejść bez echa przez świat nadnaturalnych istot.
Ariadne zesztywniała.
— Oczywiście — prychnęła. Nie wiedziała, dlaczego spodziewała się po nim czegoś więcej. Pierwszy raz wykazał zainteresowanie jej historią, jednak to wcale nie oznaczało, że pragnął jej pomóc. Nadal musiała wydawać mu jasno sprecyzowane polecenia, a on nadal będzie szukał furtek i nieścisłości, byle tylko nie wypełnić swojego zadania w pełni i udowodnić jej, jak żałosna była w porównaniu z nim. To zawsze wyglądało dokładnie tak samo. — Co ty na to, że jeśli jeszcze raz mnie tak nazwiesz, rozkażę ci, żebyś sam sobie wyrwał serce z klatki piersiowej? — zaproponowała ze słodkim uśmiechem, chociaż w jej oczach błysnęła stal. Znowu była tą niebezpieczną czarownicą, która oszukała wiekowego wampira i która nie cofnie się przed niczym. — Spróbuj się dowiedzieć, skąd moja broszka wzięła się w takim miejscu. Dyskretnie. Chcę też, żebyś ją dla mnie odzyskał. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ma wrócić do mnie. A później zaczniemy szukać medium na tyle potężnego, żeby związać poltegreista, który zamordował mi rodzinę. — Aria spojrzała uważnie na Sebastiana. — Nie zataisz przede mną niczego. Jeśli tylko zdobędziesz jakąś informację, natychmiast mi ją przekażesz, w całości, nie pomijając niczego. Nie zaalarmujesz podejrzanych w żaden sposób i nie zdradzisz swojego powiązania ze mną. A w nagrodę kupię ci smakołyki dla dobrych, posłusznych piesków — rzuciła ze złośliwym uśmiechem.
Musiała przypomnieć jemu i sobie, że nie było między nimi miejsca na żadną nić porozumienia, cień sympatii, na wieczory spędzone przy kominku, na tajemnicze uśmiechy i wyzwania. Ruszyła w kierunku wyjścia, wiedząc, że nie mogła tutaj dłużej zostać, skoro teoretycznie dostała to, czego chciała. Gdyby nadal przebywała w jego domu, potwierdziłaby jego słowa, że chciała tutaj być, bo nie miała gdzie się podziać. Skończyła tutaj, Sebastian dostał swoje zadania, nie miała czego więcej tu szukać.
UsuńZawahała się, zatrzymując się przy drzwiach.
— Nie żartowałam, kiedy mówiłam, że ktoś mnie śledził — odezwała się wreszcie cicho z dłonią na klamce. — Nie wiem, co to było, przez cały czas trzymało się zbyt daleko, żebym mogła wyczuć coś więcej, ale na pewno ktoś za mną szedł. Więc… zacznij wreszcie zamykać te cholerne drzwi na klucz. Czy coś — burknęła pod nosem, jak najszybciej opuszczając jego bibliotekę i zbiegając po schodach, chociaż wiedziała, że to nic nie da, że na pewno wyczuł zmianę w biciu jej serca i w rytmie oddechu. Nie martwiła się o niego. To było niemożliwe.
wasza złośnica, która wręcz panicznie boi się, że mogłoby jej zacząć zależeć na pewnym krwiopijcy, więc niszczy każdą szansę na zbudowanie porozumienia
Ariadne pozbierała swoje rzeczy i niemal w rekordowym tempie znalazła się przy drzwiach. Wciąż czuła się dziwnie po ich wieczornej… dyskusji? Nie miała pojęcia, jak powinna określić to, co wczoraj się między nimi wydarzyło i bała się, że Sebastian wyłapie jej słabszy moment, dziwne zmieszanie, a później wykorzysta przeciwko niej. Irytowało ją to, że w tak wielu aspektach miał rację, dostrzegał rzeczy, które starannie próbowała przed nim ukryć, rozszyfrowywał pozornie nieistotne informacje, wyciągał wnioski, a do tego dotrzymywał jej kroku w słownej szermierce, nie pozwalając jej mieć ostatniego słowa, do czego była przyzwyczajona. Teraz miała szczególne wrażenie, że doszło do jakiejś zmiany w dynamice jej relacji, ale nie umiała jej uchwycić, ubrać słowa; czy chodziło o to, że po miesiącach jego upartego milczenia wreszcie wykazał inicjatywę i gotowość do pomocy, podrzucił jej jakiś trop odnośnie śmierci jej rodziny, dając jej więcej, niż udało jej się zdobyć przez ostatnie lata, czy może chodziło o zupełnie inną część ich rozmowy, tę, która nie dotyczyła ściśle interesów, a… wszystkiego innego? Nie udało jej się jednak uciec zbyt daleko, kiedy znajomy, ochrypły głos dosięgnął ją tuż przy wyjściu z sali wykładowej. Kilka osób rzuciło jej współczujące spojrzenia, inni po prostu wychodzili, chcąc znaleźć się jak najdalej od postrachu uniwersytetu.
OdpowiedzUsuń— Powinnam zamknąć drzwi, panie profesorze? — spytała przymilnym tonem Aria, gdy wszyscy studenci opuścili już swoje miejsca. Ariadne chciała go zapytać, czy wiedział, że istnieje coś takiego jak telefon i mogli spróbować porozmawiać w innym miejscu niż mury uczelni, gdzie mieli przypisane role, do których musieli się przyporządkować, ale z jakiegoś powodu rozmawianie z nim przez komórkę wydawało jej się być niewłaściwe. Sebastian był staroświeckim typem, co pewnie część osób uznałoby za ujmującą cechę; poza tym lubiła obserwować jego twarz, wyłapywać zmiany, które pojawiały się na krótką milisekundę, gdy udało jej się czymś go zaskoczyć, a on nie był w stanie tak szybko zapanować nad własną mimiką. Czerpała dziwną satysfakcję z tych nielicznych momentów, w których tracił kontrolę i w jego oczach pojawiał się przebłysk rozbawienia albo kiedy idealnie wykrojone wargi nieznacznie unosiły się ku górze w czymś, co można by było uznać za zapowiedź uśmiechu.
— Nie boisz się, że ktoś zacznie się zastanawiać, dlaczego tak bardzo się na mnie uwziąłeś? Pamiętasz w ogóle nazwiska innych studentów czy nawet nie próbujesz sobie zaprzątać nimi głowy? Wtedy to będzie wyglądać jeszcze bardziej podejrzanie — poinformowała go Ariadne. Sebastian mógł być wiekowym wampirem, który w swoim życiu widział ogrom zmian społecznych i technologicznych, ale przez skalę problemów, z jakimi niegdyś się mierzył, mogły umykać mu szczegóły, drobniejsze przemiany zachodzące z roku na rok. To niesamowite, jak różne ruchy społeczne broniące praw grup mniejszościowych dochodziły w ostatnim czasie do głosu, ale subtelność tych transformacji nie mogła się równać z wojnami, konfliktami pomiędzy wielkimi mocarstwami czy władcami a poddanymi, przez co ktoś egzystujący w tym świecie tak długo mógł ich nie dostrzegać. Właściwie wiedziała, że mogłaby dla zabawy zniszczyć jego karierę. Oskarżyć go, że ją molestował, grożąc, że jeśli mu się nie odda i komukolwiek doniesie o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami, dopilnuje, aby Jacqueline Maycott wyleciała z uczelni. Skoro podjął się tej pracy ze względu na wakat, nie powinien przejąć się za bardzo utratą posady, zresztą za kilka lat ze zmienionym nazwiskiem nikt nie pamiętałby o wykładowcy, który napastował jedną ze studentek, podobnych historii było zatrważająco wiele, a chociaż wygląd Archera się nie zmieniał, świat wokół niego już tak. Kilka kolejnych roczników studentów i nowa kadra profesorka umożliwiłyby mu powrót do pracy, która pozornie zdawała się go nie interesować i być jedynie zapychaczem nieskończonego czasu, ale…
Mimo jego wymijających odpowiedzi oraz ogólnej niechęci do całego gatunku ludzkiego, Sebastian prowadził wykłady z prawdziwą pasją. Odwiedzała go zbyt często, dzięki czemu wielokrotnie widziała, jak popadał w melancholię, kiedy zanurzał się we własnych wspomnieniach, którymi mógłby obdarować kilka ludzkich pokoleń. Co czuł, kiedy wszystko wokół niego przemijało? Czy próbował nadać swojej przeszłości sens, używając własnych wspomnień do przekazywania wiedzy kolejnym pokoleniom? Uczynił z tego własną misję, starając się odnaleźć we własnej nieśmiertelności? Nigdy się w to nie zagłębiał, lecz jego głos był podszyty nostalgią i tęsknotą, z której on sam chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, gdy czasami dzielił się z nią żałośnie niewielkimi urywkami własnej przeszłości. A ona zawsze chciała poznać ich więcej.
Usuń— Zapraszasz mnie na randkę? Wiedziałam, że to prędzej czy później nastąpi, nikt nie może się oprzeć mojemu zabójczemu urokowi, ale następnym razem mógłbyś się wykazać nieco większym entuzjazmem — rzuciła kpiąco Aria, sięgając po kopertę z zaproszeniem. Zagwizdała, oceniając jakość papieru i pozłacanych tłoczeń, już samo to musiało kosztować fortunę. Najwyraźniej nielegalny handel magicznymi przedmiotami przynosił odpowiednie zyski, a klienci należeli do elity, która mogła sobie pozwolić na zapłacenie niebotycznych sum za eksponaty… Co sprowadzało ją do kolejnej konkluzji. — Jesteś bogaty? — zapytała z wyraźnym zaskoczeniem, jakby ta myśl nigdy wcześniej nie przyszła jej do głowy. Co prawda Sebastian według jej rachunków żył co najmniej cztery stulecia, więc miał wystarczająco dużo czasu, aby zgromadzić małą fortunę, tylko… Bogacze kojarzyli jej się z absurdalnymi zachciankami i niepotrzebnymi wydatkami, pozłacanymi deskami sedesowymi, luksusowymi markami, dwupoziomowym garażem wypełnionym sportowymi samochodami. Dom pijawki był duży i przestronny, lecz przytulny i niemal zagracony, nigdzie nie widziała ekskluzywnych towarów, jego biblioteka imponowała zgromadzoną tam kolekcją, ale książki były jego pasją, nie głupią zachcianką. Jakoś nie umiała go sobie wyobrazić wśród miliarderów, jednak elementy łamigłówki stopniowo wskakiwały na swoje miejsce, chociaż wiedziała, że tak naprawdę dalej nic nie wiedziała na temat tego wampira, który zazdrośnie strzegł swoich tajemnic. Nie winiła go. W przeszłości nie wahała się przed wykorzystaniem jego słabości, dopadła go w jego najbardziej bezbronnym, wrażliwym stanie i zmanipulowała, zyskując nad nim przewagę. Na jego miejscu też zawsze miałaby się na baczności w jej towarzystwie.
Na jej wargi powoli wypłynął zawadiacki uśmiech. Nigdy nie mogła przepuścić okazji, a protekcjonalny ton Sebastiana dodatkowo napędzał ją do działania.
— Strój wieczorowy? Masz na myśli coś takiego? — Pstryknęła palcami i jej zwykłe dżinsy oraz luźny sweter opadający z jednego ramienia w jasnobeżowym kolorze podkreślającym karmelowy odcień jej skóry zostały zastąpione przez mocno przylegającą do ciała, niepozostawiającą wiele wyobraźni sukienkę, która kończyła się w górnej części jej uda, z ledwością zasłaniając jej pośladki, za to eksponując długie nogi. Półprzeźroczysta siateczka znajdująca się na bokach talii i plecach oraz głęboki dekolt dodatkowo dawały jasny komunikat: zerżnij mnie.
Zamierzała odrobinę wstrząsnąć świętoszkowatym wampirem.
— Jak wyglądam? Idealna suknia wieczorowa, nie sądzisz? — zapytała, próbując przybrać niewinny wyraz twarzy, chociaż oboje doskonale wiedzieli, że nie miała nic wspólnego z niewinnością. Jedno było pewne: gdyby pojawiła się w takim stroju, skupiłaby na sobie na tyle uwagę, że Sebastian nie powinien mieć problemu z buchnięciem broszki, ale podejrzewała, że zaraz wysłucha kolejnego kazania na temat braku jej dobrego wychowania.
Ariadne podciągnęła się na jego biurko, zakładając nogę na nogę i wydęła oburzona wargi.
Usuń— No proszę, teraz ty zamierzasz mi rozkazywać? — prychnęła, lecz była bardziej rozbawiona niż zdenerwowana. Zniecierpliwiona wykonała bliżej nieokreślony ruch ręką. — Nie wierzę, że muszę ci to tłumaczyć, ale to nie jest po prostu niewygodne cholerstwo. To jedna z podstawowych zasad pętających twój gatunek od zarania dziejów. Naprawdę myślisz, że będę umiała złamać jedno z najbardziej pierwotnych praw natury dotyczących wampirów jakimś czarem lub miksturą? Nie wiem, czy powinnam być zachwycona tym, jaką wiarę we mnie pokładasz, czy rozdrażniona faktem, że uznajesz magię za coś prostego — przyznała Ariadne, splatając dłonie na klatce piersiowej. Tylko że… już raz obeszła to prawo. Niezależnie od tego, w jakim pomieszczeniu się znajdowała, Sebastian mógł wejść do niego bez zaproszenia, jeśli tylko znajdowała się w niebezpieczeństwa; stworzona przez nią pętająca go klątwa była silniejsza od tej podstawowej zasady więżącej inne wampiry. Czasami sama była pod wrażeniem tego, jak potężne zaklęcie utkała.
Przegryzła wargę w zastanowieniu. Czy naprawdę była na tyle szalona i zdesperowana, żeby uknuć taki plan? Odpowiedź była niestety twierdząca. — Ja mogę być twoją przepustką — powiedziała wreszcie Aria, wpatrując się w niego intensywnie. — Nie potrzebujesz żadnego zaproszenia. Wystarczy, że ja znajdę się w środku. Pytanie, jak bardzo zależy nam na finezji… Możesz nawet rzucić mną w szklaną witrynę, a kiedy będę się wykrwawiać, moja klątwa będzie silniejsza od braku zaproszenia i będziesz mógł wejść do środka — podsumowała, wzruszając ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. Jeśli dalej będzie tak działała, Sebastian dojdzie do wniosku, że życie było dla niej większą karą niż śmierć i wtedy nie przyniesie jej upragnionej ulgi w postaci ostatecznego ciosu.
Aria uznała, że to najlepszy moment na zmianę tematu. Obejrzała się przez ramię na stos prac, których jeszcze nie zdążył schować i spomiędzy kartek przyciągana jej magią wynurzył się papier podpisany jej fałszywym nazwiskiem, który zaczął lewitować nad biurkiem.
— I jak, panie profesorze? Skreśli mnie pan z listy studentek czy to jeszcze nie ten dzień? — zapytała z nikłym uśmiechem. — Łatwo ci powiedzieć: zapamiętać kilka dat i rozpisać przebieg prostej bitwy. Ty to wszystko widziałeś na własne oczy, więc masz nieuczciwą przewagę! — wyjaśniła urażona. Najwyraźniej mocno wzięła do siebie jego słowa, skoro nie umiała teraz odpuścić. Poza tym miała nadzieję, że w ten nieoczywisty sposób uda jej się wyciągnąć z niego jakieś wspomnienie.
prowokatorka, która nie pozwoli wam się zamknąć w sobie ♥
Aria nie odpowiedziała na jego zarzuty, które obudziły coś nieprzyjemnego w jej wnętrzu, zamieniły jej żołądek w ciążący jej kamień. Często próbowali się wzajemnie sprowokować, ale teraz wydawało jej się, że tkwiło za tym coś więcej. Przypatrywała mu się w milczeniu, jednocześnie czując, że stopniowo ogarnia ją nieprzyjemny chłód, powoli wspina się wzdłuż jej kręgosłupa. Nie miała złych intencji, nie powiedziała nic, co zasługiwałoby na taką reakcję Sebastiana, lecz z drugiej strony… czy musiał mieć powód? Po prostu stali po dwóch przeciwnych stronach barykady, sama uczyniła z niego swojego nemezis, zakładając mu smycz na szyję. Nie potrzebowali powodu, żeby doprowadzać się do szału, jednak jeszcze wczoraj… jeszcze wczoraj… Zacisnęła mocno szczęki. Nie miało to znaczenia, chociaż jego zachowanie budziło jej podejrzliwość.
OdpowiedzUsuń— Kiedy po raz ostatni się posilałeś? — zerknęła na niego pytająco, ale poza tym jej mina pozostawała wyzuta z wszelkich emocji. Sebastian był jeszcze bardziej zgryźliwy niż zazwyczaj, chociaż nie podejrzewała, że to w ogóle było możliwe. Zastanawiała się, czy jego opryskliwość wynikała z głodu; z reguły nie poruszała tego tematu, starała się nie ingerować w jego potrzeby i dręczące go pragnienie, ponieważ czuła obrzydzenie na samą myśl, tak została wychowana, jednak teraz nie mogła zignorować pewnych objawów. Potrzebowała, żeby Archer był skupiony i w najwyższej formie, nie było miejsca na błędy. Niekontrolowany głód mógł go pchnąć w kierunku obłędu. Słyszała jedynie straszne opowieści o tym, co się działo, kiedy wampir nie posilał się przez zbyt długi czas… Nie chciała stać się ich naocznym świadkiem.
— Nie mógłbyś chociaż raz podjąć mojej gry? — spytała, wywracając oczami na jego poważny ton z udawaną nonszalancją, ale prawda była taka, że czuła się cholernie głupio, gdy na jej nieszkodliwe żarty odpowiadał z taką zaciekłością; trochę jakby była dziewczyną żebrzącą o jego uwagę, a przecież to uwłaczało jej godności. Był wampirem, starym nudziarzem, zapomnianym reliktem przeszłości. A ona nie potrzebowała nikogo. — Nawet gdybyś posiadał prywatny odrzutowiec i codziennie budził się w innym mieście na całym świecie, nie poszłabym z tobą na randkę. Ba!, nie uznałabym cię za dobrą partię nawet za kolejnych tysiąc lat, więc wyświadcz nam obojgu przysługę i pozbądź się tych żenujących urojeń. Jesteś odrażającą pijawką, samo przebywanie w twojej obecności wywołuje u mnie mdłości — prychnęła. Ani słowem nie zająknęła się na temat tego, że pragnęła uzyskać dostęp do jego fortuny, po prostu była zaskoczona, a on z miejsca napiętnował ją jako czyhającą na jego majątek materialistkę. — Na co mi twoje pieniądze, skoro nie zdążę z nich skorzystać? — wymamrotała pod nosem, o wiele ciszej, sama do siebie. W końcu oboje wiedzieli, że nie pożyłaby wystarczająco długo, by nacieszyć się korzyściami płynącymi z takiego bogactwa.
— Ale po co się ograniczać? Otwarcie nazwij mnie dziwką — warknęła Aria, w jej oczach błysnęło coś niebezpiecznego. W innych okolicznościach pewnie zaczęłaby się naśmiewać z jego przestarzałego określenia, znowu odnosząc się do jego wieku, lecz dzisiaj… dzisiaj było inaczej. Nie miała pojęcia dlaczego, nie miała pojęcia, co to inaczej oznaczało, jednak czuła ogień gorejący w jej żyłach i pulsujący ból narastający w jej skroniach. Nienawidziła sposobu, w jaki na nią patrzył, zniesmaczenia, jakby czuł wstyd i poniżenie, że musiał się z nią gdziekolwiek pokazywać. Nienawidziła jego protekcjonalnego, wypełnionego pogardą tonu, nienawidziła… nienawidziła tego, jak przez niego się czuła.
Jej dolna warga zadrżała, jakby z trudem powstrzymywała narastające w jej wnętrzu emocje. Ktoś, kto jej nie znał, mógłby mylnie założyć, że Aria znalazła się na granicy łez wywołanej nieustannym potokiem krytyki płynącym ze strony mężczyzny, ale czy to było w ogóle możliwe? Nie sądziła, by była jeszcze zdolna do łkania, a już na pewno nie ze swojego powodu; samodzielnie przypieczętowała własny los, wybierając najbardziej destrukcyjną ścieżkę, zresztą użalanie się nad sobą nigdy nie leżało w jej naturze, wolała działanie, z którego czerpała poczucie kontroli, nawet kiedy tak naprawdę nie miała szans, samotnie walcząc z okrutnym, śmiejącym jej się w twarz losem. Straciła swoich najbliższych i na własne oczy widziała ich zmasakrowane ciała, a ten widok na zawsze wrył się w jej umysł, trauma odbiła na niej swoje piętno, spychając na skraj świadomości inne emocje i stopniowo przestawała być zdolna do odczuwania czegokolwiek poza nienawiścią oraz gniewem. Zapominała, że radość smakowała jak roztapiająca się na języku czekolada, przypominała bąbelki szampana łaskoczące w nosie, że smutek był słony, zimny i dławił w gardle, odbierając głos, że zaskoczenie objawiało się szybszym uderzeniem serca i wstrzymanym w zachwycie oddechem, a odprężenie rozlewało się rozleniwionym, sennym ciepłem po ciele. Wyzbyła się strachu, który ją pętał, powstrzymując przed podejmowaniem najbardziej ekstremalnych, ale według niej potrzebnych działań, zapomniała o życzliwości i rozkoszy, które nie przybliżały jej ani krok do wyznaczonego przez nią celu, więc dlaczego… dlaczego coś się w niej kotłowało, kłębiło, wiło niespokojnie, gdy Sebastian patrzył na nią, jakby była obrzydliwym robakiem, który pragnął rozgnieść pod podeszwami eleganckich butów? Wrogość nie była między nimi niczym nowym, ciągle walczyli ze sobą, szukali sposobów na zadanie sobie jak najgłębszej rany, która pozwoliłaby im uzyskać przewagę w tym nierównym, brutalnym tańcu, jednak w odpowiedzi na jego wypełnione zjadliwością słowa coś w niej narastało, coś przypominającego niemal… zranienie. Wystarczająco długo prowadzili tę grę, by umiała rozróżnić, gdy ich droczenie się miało mniej napastliwy wydźwięk, a kiedy stawało się starannie zaostrzonym sztyletem i tym razem wyraźnie czuła nacisk metalu na skórze. Sprzeciw stopniowo w niej narastał. Archer musiał wiedzieć, że im dłużej milczała, nie odpowiadając na jego zniewagi i protekcjonalny, zniesmaczony ton, tym bardziej destrukcyjne będą konsekwencje.
UsuńAriadne wyszarpnęła spomiędzy jego palców swoją pracę, delikatnie rozprostowując zagniecenia, z zaskakującą pieczołowitością. Przytuliła kartkę do klatki piersiowej, na chwilę przymykając powieki. Przelał szalę goryczy, traktując jej pracę jak śmiecia… więc teraz dzięki niej on również będzie miał szansę poczuć się jak śmieć.
— Sam obudziłeś mój gniew, więc nie wiń mnie z powodu tego, co teraz nastąpi — powiedziała niezwykle cicho Aria, niemal łagodnie. Odłożyła swoją pracę na stos z kolokwiami innych studentów i przeniosła spojrzenie na piękną twarz Sebastiana. Jej tęczówki rozbłysły niepokojącym, zielonym blaskiem. Kiedy jeszcze nie dała się pochłonąć swojej mrocznej naturze, były cieplejsze, brąz wpadał w płynne, zachwycające złoto, jednak z czasem niemal chorobliwy malachit zaczął pochłaniać jej tęczówki. Uniosła do góry rozpostartą dłoń, po czym gwałtownym ruchem zacisnęła ją w pięść, a reakcja była natychmiastowa: wszystkie stawy w ciele wampira wygięły się pod nienaturalnym kątem, jakby wyjątkowo okrutny marionetkarz napiął nierównomiernie wszystkie sznureczki. Skóra i mięśnie w pobliżu stawów pozostawały boleśnie naprężone, drżały delikatnie od wzmożonego napięcia, a ona spoglądała na niego bez śladu skruchy czy litości. Zasłużył. Za te wszystkie drwiny zasłużył. Jeśli myślał, że byli sobie równi, że mógł śmiać się jej w twarz, nie biorąc za to odpowiedzialności, był w błędzie.
Nigdy nie przyznałaby się do tego ani przed nim, ani przed sobą samą, uparcie ignorowała głosik, który kazał jej się zastanowić, dlaczego reagowała w taki sposób, ale prawda była taka, że dotknął zbyt wielu bolesnych strun naraz, uraził jej dumę, zranił ją. A ona nie umiała sobie z tym poradzić. Nie umiała stawić czoła świadomości, że miała jeszcze ludzkie uczucia, że można było ją skrzywdzić, docierając do jej słabości, przy czym wiedziała, że nie bolałoby tak bardzo, gdyby zrobił to ktoś inny. Potrafiłaby to zignorować, puścić mimo uszu, zapomnieć. Ale przy nim? Nie potrafiła. Bo w jakiś popieprzony sposób przywiązała się do jego obecności, nie mając nikogo innego. Lubiła się z nim droczyć, siedzieć w fotelu w jego bibliotece, myszkować po pokojach skrywających skarby z innych epok, obserwować go, gdy zatapiał się w myślach. W popieprzony sposób był początkiem jej upadku, gdy zachwiała całą równowagą wszechświata, narzucając mu swoją klątwę i jedynym łącznikiem z resztką jej człowieczeństwa, ratującym ją przed utratą zmysłów. Nie powiedział jej niczego, czego nie mówił jej już wcześniej, sącząc jad do jej ucha, tylko po wczoraj… po wczoraj to jakoś bardziej bolało. — Tak bardzo cenisz swój czas, choć masz go pod dostatkiem, więc trochę ci go odbiorę. Spędzisz kolejne pięć godzin dokładnie w tej pozycji za pięć stron mojego kolokwium. Nie wolno ci się poruszyć, nie wolno ci wydać z siebie żadnego dźwięku. — Żywiołowym ruchem zrzuciła wszystkie rzeczy z jego biurka. Papier zaszeleścił, grube tomiska huknęły głośno, kiedy cały bałagan opadł na leżącego na zimnych płytkach Sebastiana, przykrywając go. Ariadne zarysowała wokół niego okrąg, czyniąc go niewidzialnym. Nikt go nie dostrzeże, nikt nie przyjdzie mu z pomocą. Mogłaby go unieruchomić samą siłą woli, ale nie; większym upodleniem było dla niego to, że nie mógł się ruszyć nie z powodu jej napierającej mocy, lecz dlatego, że mu tak rozkazała. Jej spojrzenie było mroczne, martwe, jakby jakaś iskierka w niej zgasła; ta sama, która nakłaniała ją do drażnienia się z nim.
Usuń— Zobaczymy się na aukcji. Nie próbuj odszukać mnie wcześniej, bo tym razem naprawdę każę ci wyrwać własne serce — stwierdziła beznamiętnie. Zarzuciła swoją torbę na ramię, znowu miała swój poprzedni strój, kiedy wychodziła z sali, delikatnie przymykając za sobą drzwi.
czarownica z pękniętym serduszkiem
Ariadne roztkliwiała się nad sobą. Nie była z tego specjalnie dumna, ale zwinęła się w kłębek na materacu imitującym łóżko leżącym na podłodze i z naburmuszoną miną oraz zaciśniętymi w pięści dłońmi wpatrywała się w chwiejną wieżę studenckich podręczników. Sebastian pewnie złapałby się za głowę, widząc otaczający ją chaos, z jego pedantyczną osobowością dostałby szału, mając przed sobą absolutny brak chronologii i sensu. Ta myśl w inny dzień by ją rozbawiła, lecz nie dzisiaj. Dzisiaj była rozdrażniona i… smutna. Tak po prostu. Niemal zapomniała, jakie to uczucie. Przywykła do palącej ją złości i nienawiści, do pochłaniającej całe światło rozpaczy, do mocnych ekstremów, a teraz… to nie było uczucie, które przenikało ją na wskroś, jednak nadal było dotkliwe. Starała się. Dlaczego nie widział, że się starała? Dlaczego obchodziło ją to, że tego nie widział? To on był jej niewolnikiem, nie na odwrót. Mogła z nim zrobić wszystko, co chciała, zażądać od niego niemożliwych rzeczy lub zamienić jego życie w koszmar. Był na jej łasce, więc czemu w ogóle się nim przejmowała? Była górą… Tylko wcale się tak nie czuła.
OdpowiedzUsuńZ gorzkiego zamyślenia wyrwał ją chłód metalu przylegającego do jej nagiej skóry. Pierścień, o którym Sebastian nie miał pojęcia, a który stanowił bliźniacze odbicie jego własnej obrączki będącej świadectwem uwięzienia, stał się tak zimny, że wręcz zaczął ją parzyć, aż z bolesnym syknięciem ściągnęła go z łańcuszka wiszącego na szyi. Uniosła go do wątłego strumienia światła wpadającego przez rozbitą szybę i przyglądała się, jak magicznie wyryte na nim inskrypcje przybierają lodową, jasną barwę, aż za bardzo przypominając jej o oziębłych, bezdusznych tęczówkach Archera. Aria przez chwilę bez słowa przyglądała się pierścieniowi, który stanowił kotwicę łączącą ją z Sebastianem, mocno zaciskając zęby. To był pierwszy raz, gdy metal zachowywał się w taki sposób i mogła jedynie podejrzewać, co to oznaczało. Kiedy ona sama znajdowała się w niebezpieczeństwie, odpowiednik noszony przez wampira nagrzewał się, palił go żywym ogniem, ale ona była człowiekiem. Żywym, ciepłym, oddychającym człowiekiem. On z kolei nie żył od wielu setek lat, a jego skóra przypominała w dotyku chłodny, wypolerowany kamień, więc logiczne dla niej było, że w takim razie jej sługus właśnie znalazł się w niebezpieczeństwie. Nie ruszyła się jednak z miejsca, wpatrując się po prostu w ten niewielki kawałek zaokrąglonego metalu, który tak wiele poprzestawiał w jej życiu, a jednocześnie nie zmienił nic. Cokolwiek działo się z pijawką podlegającą jej woli, zasługiwał na to. Posiadał cudowną umiejętność czynienia sobie wroga z każdej osoby, która znajdowała się w jego zasięgu, kpił z dobrych intencji, pogardliwie odnosząc się do całego świata, jakby był lepszy od wszystkich, był złośliwym, humorzastym, wyniosłym dupkiem i jego los jej nie obchodził. Ani trochę. Tak bardzo szczycił się tym, że był najlepszy, więc na pewno sam poradzi sobie z tym, co właśnie go dręczyło. Ona nie miała zamiaru narażać swojego karku dla skurwiela, który potraktował ją z takim okrucieństwem, jego słowa były niczym żądła wbijające się w jej najwrażliwsze punkty.
Ariadne próbowała zmusić się do odłożenia pierścienia na bok, schowania go pod materiał ubrania, żeby nie musiała więcej go oglądać i się przejmować, jednak nie umiała tego zrobić. Z coraz większym zmartwieniem wyrysowanym w oczach obserwowała krążek, który teraz zaczął migać ostrzegawczym blaskiem. W cokolwiek wpakował się Sebastian, to nie były zwyczajne kłopoty, wiedziała, ponieważ czuła, jak więź między nimi się napina, jednocześnie stając się coraz cieńsza, zanikała. Aria poderwała się z podłogi na nogi i ruszyła w stronę drzwi, musiała wydostać się z mieszkania jak najszybciej i dotrzeć do tego nieznośnego wampira, sprawdzić, czy ten wariat był na tyle zdesperowany, by zrzucić z siebie jarzmo jej mocy, że zrobił coś skrajnie nieodpowiedzialnego i ryzykownego, kiedy zatrzymała się w pół kroku, słysząc poruszenie na korytarzu.
To nie było wiele. Lekkie szuranie stóp, szept unoszącego się w powietrze kurzu z drewnianych, wyszczerbionych paneli, jęknięcie deski, której nie umiała naprawić nawet za pomocą magii, bo ostatecznie zawsze się obluzowywała. Poszli po niego. A teraz przyszli po nią. Problem w tym, że Ariadne nie skończyła jeszcze z tym światem, ani tym bardziej nie skończyła z Sebastianem. Ktokolwiek po nich przyszedł, zapłaci straszliwą cenę. Ból, jakiego doświadczył przy niej Archer, będzie dziecięcą igraszką w porównaniu do tego, co zrobi z każdym, kto ośmielił się go zaatakować.
UsuńBrakowało jej jednak czasu.
Przez ich więź czuła, że wampir słabł o wiele zbyt szybko. Nie miała czasu na walkę, w którą planowali ją wciągnąć napastnicy. Więc postanowiła ich pogrzebać żywcem pod gruzami budynku. Otoczyła się ochronną bańką i przymknęła powieki. Niszczyć. W tym była dobra.
Świat przecięła zielona smuga. Cegły pękały jakby były z cukru, podłoga ugięła się pod jej nogami, drewno skrzypiało, poddając się niszczycielskiej mocy. W przeciągu kilku sekund cały budynek dookoła niej runął, ale źle oceniła, ile będzie ją to kosztować. Pod koniec zabrakło jej energii i osłaniająca ją tarcza pękła. Ostry, budowlany drut przebił jej bok, wydobywając spomiędzy jej warg przeciągły jęk i przekleństwo, jej oczy łzawiły od ilości pyłu unoszącego się w powietrzu, a ona z trudem łapała oddech, podczas gdy jej czoło perliło się potem. Za dużo. Już teraz mogła określić, że oddała z siebie za dużo i konsekwencje będą straszne, lecz w tej chwili musiała to zignorować. Wiedziała, że teleportacja odbierze jej jeszcze więcej sił, ale nie miała czasu, by dostać się do posiadłości Sebastiana w inny sposób. Najłatwiej było jej się przenieść do znajomego miejsca, więc wybrała bibliotekę; to tam spędzali najwięcej czasu i tam najczęściej dochodziło do chwilowego zawieszenia broni, gdy w milczeniu siedzieli przy kominku, wpatrując się w siebie nawzajem. W takich chwilach świat przestawał istnieć, pozostawali tylko oni. A teraz ktoś ośmielił się to zniszczyć.
Aria zmaterializowała się wśród znajomego zapachu starych woluminów i od razu zatoczyła się, wpadając na regał. Oparła się dłońmi o półkę i pochyliła do przodu, próbując złapać oddech oraz odzyskać równowagę. Nogi zdradziecko się pod nią trzęsły, bok palił żywym ogniem, krew znaczyła jej koszulkę, jej mięśnie poddawały się bolesnym skurczom. Magia była jej siłą, ale także pasożytem i teraz znowu kradła jej witalność, domagając się zapłaty za swoje usługi, jednak jeszcze nie teraz. Pierścień dalej emanował chłodem, pokrył się teraz delikatną warstewką szronu. Sebastian nie miał dużo czasu. Podobnie jak jego napastnik, który zaraz umrze i to paskudną śmiercią.
Jeśli to w ogóle możliwe, cały dom pogrążył się w jeszcze większej ciemności, cienie zaczęły przypominać żywe istoty, które wiły się u jej stóp, gdy po cichu przemierzała korytarze, szukając swojej ofiary. Jedynym źródłem światła była błyskawica za oknem, powietrze było ciężkie i naelektryzowane. Czuła mdły zapach krwi, który starała się zignorować, ale za bardzo przypominało jej to o jatce, jaką zastała w rodzinnym domu. Jej głowę wypełniły wspomnienia, przez co na chwilę straciła koncentrację i ta chwila wystarczyła napastnikowi, którzy rzucił się na nią od tyłu, zakładając jej dźwignię na szyję. Jej przeciwnik uniósł ją nad ziemię, przyduszając. Aria spanikowała, tracąc oparcie dla stóp, jednak miała jeszcze swoją magię. Uniosła dłonie i wryła paznokcie w nieosłoniętą skórę wroga. Jego żyły przybrały odcień atramentowej czerni, gdy wysłała oplatający ich mrok w głąb jego ciała, próbując dostać się do serca i zatrzymać jego bicie. Napastnik wypuścił ją jak oparzony, ale nie próbował uciec, krążył wokół niej, kiedy spazmatycznie starała się złapać oddech. Wyprowadził jeden cios, drugi, uderzył ją w szczękę i łuk brwiowy, a ona przeklinała w duchu to, że magia przeciekała jej przez palce, była za bardzo osłabiona. Niebezpiecznie zbliżała się do granicy wyczerpania i wiedziała, że wtedy zacznie się igranie ze śmiercią.
Napastnik znowu zaatakował. Unikała ciosów, ale spychał ją w stronę kuchni, próbując zapędzić ją w kozi róg. Uniosła dłonie, kilka z ukochanych eksponatów Sebastiana poszybowało w ich stronę, jakaś waza rozbiła się na głowie nieznajomego, lecz on wciąż napierał, jakby nie czuł porcelanowych odłamków sterczących z jego skóry. Aria potknęła się o coś. Spojrzała w dół i serce w niej zamarło. To był Sebastian… a przynajmniej ktoś, kto przypominał jej wampira, ponieważ ta nieznośna pijawka nigdy nie znalazłaby się w takim żałosnym, bezbronnym stanie. To niemożliwe. A jednak widziała na własne oczy i poczuła jak wypełnia ją lodowa furia, ta sama, która popchnęła ją w stronę czarnej magii w noc zabójstwa jej rodziny. Mrok zgęstniał i ożył, przybierając formy bestii zrodzonych z najgorszych koszmarów. Cała wataha rzuciła się na napastnika, zatapiając widmowe kły w jego ciele, stopniowo oddzielając mięso od kości wśród wrzasków agonii.
Usuń— Nikt nie dotyka mojej własności. Nikt — warknęła gardłowo Ariadne, jej głos nie był do końca ludzki, jakby w tej chwili nie była w pełni sobą. Jej źrenice były tak bardzo rozszerzone, że pochłonęły cały kolor z tęczówek; bezlitośnie śledziła całe krwawe, makabryczne widowisko, napawając się nim, dopóki nie poczuła ostrego bólu promieniującego z pierścienia spoczywającego na jej szyi. Dopiero wtedy uwolniła ciemność, a sama opadła na kolana, czując przemożne zmęczenie. Jej powieki zatrzepotały i już miały opaść, kiedy przypomniała sobie, po co w ogóle się tutaj znalazła. Na czworakach ruszyła w kierunku ciemnego kształtu leżącego na podłodze i… zwymiotowała, widząc, w jakim stanie znajdował się Sebastian. To było okropne. Bestialskie. Nie żałowała, że jego napastnik zginął w męczarniach, żałowała jedynie, że nie przedłużyła tych tortur, ponieważ wampir musiał cierpieć o wiele dłużej. Podpełzła bliżej do mężczyzny, czując wilgoć na policzkach; gdy uniosła dłoń do skóry, przekonała się, że to były… łzy. Łkała nad tym okropnym dupkiem, drżąc na całym ciele, kiedy próbowała ocenić skalę zniszczeń.
— Ty durny, nieznośny wampirze. Jak masz mnie chronić, skoro nie umiałeś nawet sam siebie obronić? Zawsze powtarzałeś, że jesteś taki silny, a teraz spójrz na siebie — wyrzuciła mu Ariadne, klęcząc przy nim. — Jestem. Już jestem. Nikt cię nie dotknie. Nikt nie może cię skrzywdzić poza mną. Nikomu na to nie pozwolę — szepnęła, głaszcząc go delikatnie po policzku. Ostrożnie przesunęła trzęsącymi się dłońmi po jego ciele, próbując zlokalizować najbardziej dotkliwe szkody i z jej gardła wydobył się głośniejszy szloch, kiedy uświadomiła sobie, że tkwiące w jego wnętrznościach ostrze nie było zwyczajne, rozgałęziało się, uderzając we wszystkie najważniejsze organy, które próbowały się regenerować, ale nie mogły pod wpływem srebra. Już teraz musiał niesamowicie cierpieć, jednak wyciągnięcie tego… Aria wiedziała, że to będzie dla niego gorsze niż śmierć. Gdyby miała więcej czasu, mogłaby go zabrać do kogoś, kto lepiej od niej znał się na podobnej broni i mógł się jej pozbyć bez przysparzania mu większego bólu, lecz wystarczyło jej jedno spojrzenie na jego twarz, by wiedziała, że nie wytrzyma zbyt długo. Stracił zbyt wiele, podobnie jak ona. Z trudem utrzymywała swoje ciało w pionie, a jej pole widzenia drastycznie się zwęziło, grożąc tym, że wkrótce straci przytomność.
— Musisz wytrzymać. Wyciągnę teraz z ciebie to cholerstwo — uprzedziła go, po czym wzięła głęboki wdech i zaczęła ciągnąć, ale to był długi i żmudny proces. Nie miała wystarczająco dużo siły, aby jednym pociągnięciem wydobyć broń, ostrza tkwiły głęboko w mięśniach, które stanowiły przeszkodę. Wiedziała, że przy każdym manewrze rozrywała jego wnętrzności jeszcze bardziej i sama czuła się tak, jakby ktoś zatopił w jej żołądku sztylet, kiedy słyszała jego jęki. Wzdrygała się za każdym razem, jednak przynajmniej miała pewność, że jeszcze żył. Wreszcie pozbyła się wszystkich grotów i czekała, aż na jej oczach rana zacznie się zasklepiać, lecz nic się nie zmieniło. Ariadne z niepokojem zerknęła na jego twarz, uświadamiając sobie okropną prawdę.
Był zbyt słaby, żeby się zregenerować.
UsuńPotrzebował krwi.
Podpełzła do lodówki, próbując się zorientować, czy w środku znajdzie torebeczki z krwią na czarną godzinę, ale nawet jeśli kiedyś tam były, napastnik musiał się ich pozbyć. Wróciła do Sebastiana, marszcząc brwi i delikatnie go uniosła do półsiedzącej pozycji, obejmując go ramionami i podtrzymując.
— Sebastianie… — szepnęła Ariadne, z zaskakującą łagodnością odsuwając sklejone krwią kosmyki włosy z jego czoła. — Musisz przetrwać. Kto będzie każdego dnia mnie torturował swoją nieznośną obecnością, zanudzał opowieściami o przeszłości i obrzucał mnie obelgami, podkreślając, że wszystko robię źle? Nie możesz mnie zostawić. Mamy umowę, obiecałeś mi pomóc. Poza tym kogo będę wkurwiać, jeśli nie ciebie? — zapytała z wątłym uśmiechem, pomagając mu unieść głowę, którą ułożyła delikatnie w zagłębieniu własnego ramienia. Oparła się plecami o ścianę i przymknęła powieki, czując przyjemny chłód promieniujący z jego skóry i zimne, spierzchnięte wargi stykające się z jej szyją w miejscu, w którym wyczuwalny był jej puls. To było szaleństwo. Nie miała pojęcia, gdzie ich to zaprowadzi. Nie wiedziała, co się stanie w momencie, w którym jej krew zmieszana z dokładnie tą samą magią, która go pętała, dostanie się do jego organizmu. Wzmocni go czy zabije? Pomoże mu walczyć z jej klątwą, osłabiając ją i dając mu przewagę czy uczyni z niego posłusznego niewolnika? Ariadne już raz dokonała niemożliwego, czyniąc z niego swojego poddanego, ale właśnie dlatego, że to był precedens, teraz błądziła po omacku. W dodatku… bała się. Naprawdę po raz pierwszy od dawna cholernie się bała, bo nie wiedziała, jak bardzo to będzie bolało. Mimo to sięgnęła do jego palca i przekręciła pierścień raz w przeciwnym do ruchu wskazówek zegara kierunku, zmniejszając wiążące ich pęta. Gdyby utrzymała zaklęcie w nienaruszonym stanie, Sebastian nie mógłby się na niej posilić, dlatego musiała nieco obniżyć chroniącą ją zaporę. Nadal nie mógł jej zamordować, ale teraz mógł ją skrzywdzić na tyle, by przeciąć kłami jej skórę i zakosztować jej krwi. To było niebezpieczne. Mógł to kiedyś wykorzystać przeciwko niej. Nawet teraz mogła zginąć, bo była osłabiona po walce i skorzystaniu ze zbyt dużej mocy, ale… Sebastian miał tylko ją. A ona w pokręcony sposób miała tylko jego.
wiedźma, która nie znosi, gdy ktoś dotyka jej własności ♥