CASTEEL CORVUS
Wampirzy lord z Halamantu — sześćset pięćdziesiąt trzy lata egzystencji zamkniętej w dwudziestoczteroletnim ciele — postrach czarownic — stulecia wykorzystane do rozwijania swoich obrzydliwych żądz i doskonalenia umiejętności, bo nieśmiertelność nie jest wielkim darem — przez nią powstają potwory takie jak on
Przeklinano go dziesiątki razy i dziesiątki razy szeptano jego imię z trwogą. Przepowiadano mu ponowną śmierć w bolesnych męczarniach, utratę ukochanych osób, samotność oraz to, że niczego po sobie nie zostawi, oprócz bólu i cierpienia. Te dwa czyni innym bardzo często, bez wyrzutów sumienia rozlewając krew i obserwując ostatnie tchnienie, jakby widok rozerwanych tętnic i twarzy zastygłych w przerażeniu sprawiał mu dziką przyjemność. Pojawia się znikąd pod osłoną nocy i za każdym razem przynosi ze sobą kłopoty. Zadaje absurdalne pytania, przejawiając umiejętność wykrywania kłamstw — te nie umkną jego uwadze, lecz nie wynikają z nadnaturalnych zdolności, a jedynie bystrości.
Wieczność jest zimna i ciemna. Wymaga stanowczego poskromienia niczym jadowity wąż mogący śmiertlenie ukąsić — drapieżnik zawsze rozpozna drugiego drapieżnika. Zmysły są maksymalnie wyostrzone, dźwięk niesie ze sobą bicie ludzkiego serca przypominające uderzenia ptasich skrzydeł. Szkliste oczy poskramiają gęsty mrok, zarysowując wyraźnie kontury przedmiotów i ludzkich sylwetek. Jedynie żelazna dyscyplina dzieli go od bycia bezrozumnym, złaknionym krwi zwierzęciem zabijającym na oślep, choć i ona czasami nie wystarcza przed zatraceniem się w pojebanych pragnieniach. Niekiedy głód jest zbyt silny, aby go zwalczyć, natomiast żądza mordu kładzie się cieniem na okruchach człowieczeństwa.
Casteel jak nikt inny wie, że spełnianie hedonistycznych zachcianek wystarcza raptem na chwilę, a on przeżył ludzki żywot już kilkukrotnie, stopniowo dojrzewając do obrania sobie konkretnego celu długiej egzystencji. Odnalazł go chęci czynienia większego dobru, w troszczeniu się o swoich pobratymców rozsianych samotnie po królestwie. Dla nich próbuje budować, lecz w naturze ma niszczenie.
Wieczność jest zimna i ciemna. Wymaga stanowczego poskromienia niczym jadowity wąż mogący śmiertlenie ukąsić — drapieżnik zawsze rozpozna drugiego drapieżnika. Zmysły są maksymalnie wyostrzone, dźwięk niesie ze sobą bicie ludzkiego serca przypominające uderzenia ptasich skrzydeł. Szkliste oczy poskramiają gęsty mrok, zarysowując wyraźnie kontury przedmiotów i ludzkich sylwetek. Jedynie żelazna dyscyplina dzieli go od bycia bezrozumnym, złaknionym krwi zwierzęciem zabijającym na oślep, choć i ona czasami nie wystarcza przed zatraceniem się w pojebanych pragnieniach. Niekiedy głód jest zbyt silny, aby go zwalczyć, natomiast żądza mordu kładzie się cieniem na okruchach człowieczeństwa.
Casteel jak nikt inny wie, że spełnianie hedonistycznych zachcianek wystarcza raptem na chwilę, a on przeżył ludzki żywot już kilkukrotnie, stopniowo dojrzewając do obrania sobie konkretnego celu długiej egzystencji. Odnalazł go chęci czynienia większego dobru, w troszczeniu się o swoich pobratymców rozsianych samotnie po królestwie. Dla nich próbuje budować, lecz w naturze ma niszczenie.
Słyszała go. Wybudziła się ze swojego wypełnionego koszmarami letargu, w jaki zapadało jej ciało, próbując się zregenerować po traumie, jakiej doświadczyło w trakcie dramatycznej przemiany. Jej wspomnienia z każdym dniem stawały się coraz bardziej zniekształcone, dręczyły ją na zmianę z torturującym ją pragnieniem, które z sekundy na sekundę stawało się coraz bardziej dotkliwe. Nieustanna żądza krwi była niczym kwas wypalający jej wnętrzności od środka, a po dwóch dniach ból niemal doprowadzał ją do szaleństwa. Nie pozwoliła sobie jednak na wydanie żadnego dźwięku, cichego jęku, krzyku czy błagania. Była słaba i dlatego tutaj trafiła. Nigdy więcej taka nie będzie.
OdpowiedzUsuńPłomień pochodni jarzącej się w otaczającej ją od dwóch dób ciemności oślepił ją. Ostrożnie podparła się łokciami na twardym, prowizorycznym łóżku i, nie zważając na bolesne skurcze osłabionych mięśni, dźwignęła do pozycji siedzącej, z trudem nabierając powietrze do płuc. Nie pozwoli na to, by Casteel górował nad jej skuloną, drobną sylwetką, napawając się swoją przewagą. Dla niego to mógł być nic nieznaczący gest, ale dla niej kolejny przejaw słodkiego buntu. Nie złamiesz mnie, nawet jeśli jego głęboki głos nadal sprawiał, że wzdłuż jej kręgosłupa przebiegał elektryzujący dreszcz, a policzki delikatnie się zaróżowiały niczym pąki nieśmiało rozwijających się róż. Kiedyś wierzyła w jego komplementy, słodkie szepty, pieszczotliwe określenia, ale teraz moja najdroższa było niczym wymierzony jej cios, kolejny sposób na pogłębienie rany, jaką zadał jej sercu, gdy każda ich wspólna chwila okazała się być farsą, przedstawieniem na jej użytek, bo była dla niego drogą do celu. Pionkiem na szachownicy, który przetopił z bieli we własną czerń. Kiedyś spoglądała na niego z uwielbieniem, zastanawiając się, jak ktokolwiek mógł rozpuszczać tak nieprawdziwe plotki na temat jego okrucieństwa. Pozwolił jej uwierzyć, że potrafił być bezwzględny, ale był przy tym sprawiedliwy, a ona była tak głupia, że nabrała się na każde kłamstwo, jakie z czułością wyszeptał jej do ucha.
Rozejrzała się po swojej więziennej celi, mrużąc oczy w ostrym blasku. Dostrzegała ironię tej sytuacji; jeszcze kilka tygodni temu mieszkała w pięknym, bogato zdobionym pokoju, spała na ogromnym łóżku z milionem starannie, ręcznie wyszywanych poduszek i tak wygodnym materacem, jakby odpoczywała na chmurce, a teraz kręgosłup bolał ją od twardej deski, podczas gdy chłód i wilgoć zdawały się przenikać do jej kości. Na drewnianych drzwiach dostrzegała głębokie rysy od paznokci; jak przez mgłę pamiętała, że w napadzie szału rzuciła się na nie po ostatnich odwiedzinach Casteela, jednak nie umiała przypomnieć sobie żadnych szczegółów.
Drwił sobie z niej. W jego głosie pobrzmiewała fałszywa troska i ciekawość, ale w rzeczywistości były one podszyte szyderstwem, ponieważ musiał wiedzieć, jak kurewsko źle się czuła i jak bardzo była spragniona. W końcu to on sprowadził na nią tę klątwę, to on uczynił z niej swoją małą, zepsutą marionetkę, a teraz pastwił się nad nią, napawając chorym poczuciem władzy. Nad nią, nad dziewczyną, która w swojej głupiej naiwności spoglądała na niego niegdyś z zachwytem i czułością, mimo że taki potwór jak on nie zasługiwał na podobne uczucia.
— Pierdol. Się — wysyczała przez zaciśnięte zęby, mimo że każde słowo raniło jej wyschnięte na wiór podniebienie. Popękane z pragnienia wargi wykrzywiły się w grymasie bólu, kiedy kły wysunęły się w niekontrolowany sposób, raniąc jej delikatną skórę. Kiedyś była taką grzeczną, ułożoną dziewczynką, która próbowała udawać buntowniczkę, gdy wymykała się nocami z posiadłości, aby zatańczyć na festynie. Wtedy jeszcze nie znała takich słów, rumieniła się zszokowana, mając do czynienia z nieco bardziej potocznym, wulgarnym językiem, a teraz przekleństwa spływały z jej języka, chociaż nadal brzmiały obco w jej ustach. Uderzała obelgami w wampirzego lorda, który prawdopodobnie w przeciągu jednej sekundy mógłby pozbawić ją życia. Raelynn właśnie tego pragnęła, mimo iż wiedziała, że Casteel jej tego nie da, nawet śmierci nie oferował za darmo. Ukryte kruczki, fałszywe zapewnienia, każdy jego ruch był idealnie wyważony i skrywał w sobie cel, którego nikt nie dostrzegał, aż było za późno, by go powstrzymać. Gdyby mogła, splunęłaby mu w twarz, ale jej ciało było już zbyt słabe i złaknione krwi, by wyprodukować nawet ślinę. Jedynie nadludzkim wysiłkiem i siłą swojej woli utrzymywała swoje plecy sztywno wyprostowane na twardej pryczy, która służyła jej za łóżko, ale wiedziała, że gdyby próbowała się podnieść, nogi ugięłyby się pod nią i leżałaby u jego stóp, dokładnie tam, gdzie chciał ją mieć. Gdzie chciał mieć wszystkich w swoim niezaspokojonym pragnieniu władzy.
UsuńMoże pragnął, by błagała go o zaspokojenie jej pragnienia, ale Raelynn nie zamierzała tego robić. Torturujący ją głód był dobry, bo był tak silny, że przyćmiewał wszystko inne. Dzięki niemu nie musiała myśleć o tym, co zrobiła; nie musiała myśleć o tym, jak potwornie została zdradzona; nie musiała myśleć o swojej rodzinie czy może raczej o tym, że po tym wszystkim nie miała już rodziny. Przez ten głód nie mogła jednak również zapomnieć o tym, czym się stała. Przez niego.
— Dlaczego tutaj jestem? — wychrypiała, nie patrząc na niego. Nie chciała patrzeć na twarz, którą ko… na twarz monstrum. Wiedziała, że inni w trakcie przemiany znajdowali się wyżej, tylko ona została wrzucona do tego zapomnianego przez wszystkich miejsca i doświadczała wątpliwego zaszczytu odwiedzin ze strony wampirzego lorda. Nikt inny się do niej nie zbliżał, a wątpiła, by Casteel fatygował się do niej osobiście bez powodu. Nic dla niego nie znaczyła, skoro spełniła już swoje zadanie. — Nie możemy tego po prostu zakończyć? — dodała ciszej. Nie chciała dłużej grać, nie chciała odgadywać, co działo się w jego głowie, co kryło się za tymi zimnymi tęczówkami. Tak naprawdę nie było tam niczego poza mrokiem i lodem.
— Nawet najbardziej obrzydliwe słowa nie mogą się równać z obrzydliwością, jaka kryje się w twoim wnętrzu — odparła zjadliwym głosem Raelynn, wzdrygając się pod wpływem przypomnienia zawartego w jego słowach. Jak bardzo chciałaby zarzucić mu kłamstwo albo podkreślić, że podstępem zmusił ją do składania pocałunków na jego skórze i wargach, tymczasem wszystko z siebie oddawała mu dobrowolnie. Była nim tak zafascynowana, że czuła się wyjątkowo, kiedy postanowił poświęcić swój wolny czas właśnie jej, bo doskonale wiedziała, że na jego barkach spoczywało wiele obowiązków związanych z Halamantem i jego gośćmi, a w dodatku miał za sobą długie stulecia, w trakcie których poznał niezliczoną liczbę osób. To powinno dać jej do myślenia: dlaczego wiekowy wampir miałby być zainteresowany młodą dziewczyną, która mimo swojego pochodzenia tak naprawdę nie miała mu wiele do zaoferowania, bo nie brakowało mu bogactw czy kobiet gotowych spełnić każdą jego zachciankę? Była jednak zbyt upojona uwagą, jaką ją otaczał, łagodnością, jaką okazywał jej nawet teraz, mimo że poznała już jego prawdziwe oblicze. Czuła się tak niezwykle obco w tym ponurym miejscu, gdzie w rzeczywistości była zwierzyną łowną; na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo, wiedziała, jak bardzo śmiercionośne istoty otaczały ją w ciemnościach, czekając na jej potknięcie. Była zestresowana i wystraszona, nie mogła sobie pozwolić na nawet najmniejszy błąd i… wtedy pojawił się Casteel, który zaoferował jej swoją opiekę oraz towarzystwo. To dość ironiczne, że bała się niemal wszystkich w tym przeklętym miejscu z wyjątkiem jego; podczas gdy inni trwożnym szeptem powtarzali jego tytuł, uginając się pod ciężarem jego wzroku, ona z wytęsknieniem wyczekiwała jego wizyt, z wypiekami na policzkach, roziskrzonym spojrzeniem i promiennym, nieśmiałym uśmiechem przyjmując jego widok. Nie chodziło jednak tylko o złudne poczucie bezpieczeństwa, jakie jej zapewniał i urzekającą świadomość, że wampirzy lord poświęcał jej swoje cenne godziny; zawsze była zafascynowana światem, którego doświadczania w pełni jej odmawiano, a Casteel żył tak długo, że miał za sobą niezliczone przygody, o których uwielbiała słuchać. W zamku skrywał bogatą bibliotekę, z której mogła do woli korzystać, a jej chłonny umysł z przyjemnością zanurzał się w nowych informacjach, przed którymi wcześniej uparcie ją chroniono, powtarzając, że nie powinna zawracać sobie ślicznej główki podobnymi błahostkami. Nigdy nie wyśmiewał jej odrobinę naiwnych pragnień czy szczerości; przy nim wreszcie przestała gryźć się w język za każdym razem, kiedy chciała coś powiedzieć, do czego zmuszano ją w domu, powtarzając, że podobna bezpośredniość nie była cechą pożądaną u młodej damy. Casteel dał jej fałszywe poczucie wolności, w którym zatonęła, oddając mu się kawałek po kawałeczku… Nawet teraz jej blade policzki zaczęły płonąć, gdy przypominała sobie ekscytujące pocałunki skradzione pomiędzy wysokimi regałami, elektryzujący dotyk opuszków palców, którymi śledził zarys jej twarzy i szyi, kiedy skryli się za zasłoną na korytarzu, nie potrafiąc poczekać, aż znajdą się na osobności… Nienawidziła siebie za to, że chociaż zdradził ją w najgorszy możliwy sposób, jej głowę nadal wypełniały te wspomnienia, sprawiając, że jednocześnie brzydziła się sobą i tęskniła za jego bliskością. Było jej wstyd za to, że tak łatwo przyszło mu ją omamić, czuła się brudna, bo z takim oddaniem i zachwytem przyjmowała jego atencję oraz pieszczoty, nie tylko pozwalając mu się dotykać, ale wręcz łaknąc jego oszałamiających gestów, które zapierały jej dech w piersiach… Została przez niego upokorzona, a mimo to jej ramiona pokryły się gęsią skórką, kiedy poczuła jego subtelny dotyk na łabędziej szyi w trakcie odgarniania włosów i wzdrygnęła się, walcząc z chęcią przysunięcia się do niego bliżej, poszukania ukojenia w jego silnych ramionach.
OdpowiedzUsuńWiedziała, że mogłaby delikatnie przechylić się w jego stronę i oprzeć głowę na jego torsie, wtulić twarz w jego szyję tak jak robiła to wtedy, gdy wspólnie oglądali księżyc w pełni na wieży astronomicznej. Bo chociaż to on sprowadził na nią paskudny los, przemienił ją w wampirzycę i później zamknął w tej pieprzonej celi, w całym zamku nadal pozostawał tym jedynym, który był dla niej znajomy, ciepły i troskliwy. Bogowie, nawet ona wiedziała, jak chore to było, ponieważ każda ich wspólnie spędzona chwila była kłamstwem, każdy uśmiech, który udało jej się z niego wykrzesać oszustwem, każdy nieśmiały pocałunek pułapką, ale dla niej… dla niej to było prawdziwe. Te uczucia wypełniające jej serce były prawdziwe.
UsuńRaelynn gwałtownie odwróciła wzrok, mocno mrugając powiekami, próbując odgonić łzy zbierające się w kącikach jej oczu. Nie da mu tej satysfakcji, nie zacznie przy nim płakać. Wiedziała, że chciał zobaczyć, jak rozpada się na drobniutkie kawałeczki, dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo napawał się wizją zniszczenia. Dla zabawy ustawiał domki z kart, a później je zdmuchiwał, czerpiąc satysfakcję z zabawy, nie zwracając uwagi na to, że pozostawiał po sobie jedynie szlak śmierci.
— Może jeszcze mam ci podziękować? — sarknęła Raelynn, podejmując nieudolną próbę przesunięcia się na jak najbardziej oddalony od niego koniec łóżka, ale to było trudne; Casteel zajmował sobą całą przestrzeń, choćby z powodu charyzmy i władczej aury, jaką wokół siebie roztaczał, nawet kiedy przemawiał do niej z taką delikatnością. Chyba właśnie ten kontrast w jego osobie był tak niepokojący; był okrutnym potworem bez serca, lecz tłumaczył jej wszystko jak zawsze z cierpliwością i spokojem, nie zważając na jej odpychający ton. Nigdy wcześniej nie zwracała się do niego w ten sposób, jednak teraz wreszcie Raelynn przejrzała na oczy… Tylko jakie to miało znaczenie, skoro na wszystko było za późno? — Dla mojego dobra?! Oboje wiemy, że to tylko kłamliwa wymówka. Nigdy nie miałeś na celu mojego dobra, nie interesuje cię nikt, kto nie może ci przynieść korzyści. Jesteś dokładnie taki sam jak mój ojciec, który… który… — Urwała, kuląc się jeszcze bardziej, jakby w ten sposób mogła zniknąć. To dla twojego dobra cedził Rohen Bassette, kiedy dyscyplinował jej niepokorny charakter. Wzdrygnęła się, podciągając kolana pod brodę, próbując zapomnieć o bólu, jaki zawsze towarzyszył jego lekcjom.
— Nigdy nie prosiłam o tę przemianę. Powinieneś był pozwolić mi umrzeć, śmierć jest lepsza od tego — warknęła, ale jej słowa brzmiały głucho, jakby opuścił ją jej wojowniczy nastrój. Skazał ją na tę marną egzystencję, na ciągłe palące ją pragnienie, na życie z daleka od wszystkiego, co kochała. Już nigdy nie poczuje promieni słońca na swojej skórze, nie rozsmakuje się w słodkich wypiekach. Chciała kiedyś założyć rodzinę, a teraz… to wszystko przepadło. Była zamknięta w celi, a jej jedynymi stałymi towarzyszami były ból oraz pragnienie. — Przecież ty też nienawidzisz swojej egzystencji. Jak mogłeś mnie na to skazać? — dodała ciszej, niemal łagodnie, w zamyśleniu. Nie mógł jej przecież oszukać. Nie czerpał już żadnej radości ze swojego długiego życia. Wydawało jej się, że przy niej jakaś iskra w nim znowu zaczynała się tlić, jednak teraz wiedziała, że to było jej pobożne życzenie.
— Nie należę do ciebie — zaprotestowała ostro, czując, jak na nowo rozpala się w niej gniew, rezygnacja przetapiała się w postanowienie. Udowodni mu, że nie miał nad nią całkowitej władzy. Może teraz znajdowała się w beznadziejnej sytuacji, ale tak nie będzie zawsze. Jej życie nie będzie należało do niego, nawet jeśli teraz czuła, jak wyszeptany przez niego rozkaz wiąże jej wolną wolę, jak jego słowa narzucają na nią niewidzialne kajdany. Próbowała wyrwać nadgarstek z jego uścisku, lecz trzymał ją zbyt mocno i po chwili milczącej szarpaniny uniosła na niego wściekłe, dumne spojrzenie. — Nie chcę. — Kłamstwo smakowało gorzko na jej języku. Jakaś jej malutka część, ta, która była w nim zadurzona, nadal chciała, lecz to byłaby tylko kolejna jej fantazja, która niewiele miałaby wspólnego z rzeczywistością. — Nie chcę, żebyś czegokolwiek mnie uczył, nie chcę cię widzieć, nie chcę poznawać żadnego świata, jeśli ty w nim jesteś. Nie chcę od ciebie niczego. — Wiedziała, że jej bunt będzie dla niego śmieszny, że mogła mu się opierać, a on i tak postąpi według własnych pragnień, ignorując jej słowa i zmuszając ją do pożywienia się. Nadal nie rozumiała jedynie, dlaczego to właśnie Casteel odwiedzał ją w celi. Jego intencje stały się jasne, więc dlaczego nadal poświęcał jej swoją uwagę i czas, dlaczego upierał się, by trzymać ją z daleka od innych, a przy tym nie pozwalał jej umrzeć z pragnienia, w ogóle nie pozwalał jej umrzeć? Tak bardzo mu się nudziło, że nie chciał się jeszcze pozbywać swojej naiwnej zabaweczki? Ale wtedy nie zadawałby sobie tak wiele trudu, by ją od siebie uzależnić…
UsuńRaelynn nie wiedziała, dlaczego tak trudno było jej milczeć. Udawać, że nie było go w tej przykrej, pozbawionej podstawowych udogodnień celi, ignorować jego wyjaśnienia czy pytania, nie zważać na czuły dotyk i szepty, które przenikały przez nią niczym najsłodsza trucizna. Nie umiała się wyłączyć, bo on dla niej coś znaczył; znaczył więcej, niż kiedykolwiek powinien i właśnie dlatego jego zdrada bolała tak mocno, właśnie dlatego rozpaczliwie pożądała odpowiedzi, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby jej nie zatonąć w świadomości, że nigdy się nie liczyła. Dla nikogo.
OdpowiedzUsuń— Fałszywa wdzięczność jest gorsza w oczach kogoś takiego jak ty? Sam musisz przyznać, że to brzmi ironicznie w ustach mordercy, kłamcy i tyrana — wytknęła mu Raelynn, zdobywając się na sardoniczny uśmiech, który jednak kosztował ją wiele sił. Słowne potyczki z Casteelem były niezwykłe trudne, kiedy jasność jej myśli była przyćmiewana przez przemożne pragnienie, a ona sama nadal nie pogodziła się z wydarzeniami ostatnich dni.
Znowu się wzdrygnęła i jeszcze bardziej skuliła, mimo że mężczyzna jedynie w dobitny sposób przedstawił fakty. Czasami zastanawiała się, czy Casteel wiedział, że morderstwo nie było jedynym przewinieniem jej ojca w stosunku do niej, ale za bardzo się wstydziła, by kiedykolwiek poruszyć ten temat.
— To nie jedyna decyzja, którą za mnie podjąłeś — przypomniała mu wściekłym tonem, w znaczący sposób spoglądając na celę, w której ją zamknął, jednocześnie odnosząc się do jego rozkazu, którym zabraniał jej prób odebrania sobie życia.
Do tej pory Raelynn uparcie starała się na niego nie patrzeć, jednak teraz nie umiała się powstrzymać. Rysy jej twarzy złagodniały, a skuwający jej spojrzenie lód stopił się pod wpływem jego pytania, chociaż jej ruchy nadal były przepełnione ostrożnością. Musiała walczyć z chęcią przysunięcia się do niego i zasypania go pytaniami. Czy naprawdę przemienił ją w wampirzycę, bo nie mógł pogodzić się z myślą, że miałaby umrzeć na jego oczach? Wpatrywała się w niego, próbując rozszyfrować fasadę, jaką się otoczył. Kiedyś wydawało jej się, że umiała bezbłędnie odczytać jego nastroje, mimo że jego twarz wydawała się być pozbawioną emocji, wykutą z kamienia maską. Potrafiła wyczuć, gdy był sfrustrowany, zły, gdy popadał w melancholię i robiła wszystko, aby poprawić mu humor… Tylko to wszystko było kłamstwem. Pozwalał jej zobaczyć to, co chciał, aby zobaczyła; specjalnie dla niej utkał taką wersję siebie, w której mogła się zakochać, co przysłużyło się jego celom. Dlaczego głupio uważała, że teraz mogłaby go przejrzeć i odkryć, czy mówił prawdę, skoro nie zorientowała się przez długie miesiące? A mimo to była nadal tak samo naiwna, ponieważ chciała wierzyć, że nawet jeśli egoistycznie zatrzymał ją przy sobie, wymuszając na nią przemianę, której nie chciała, kryło się za tym coś więcej niż tylko czysty pragmatyzm wynikający z faktu, że nadal jej do czegoś potrzebował.
— Nie chcę stać się taka jak ty, zgorzkniała i bezlitosna — wyznała wreszcie bezbronnie. Nie chciała zamienić się w bezdusznego potwora, który postrzegał otaczające go osoby jako środek przybliżający go do celu; czasami zastanawiała się, czy Casteel dostrzegał własną samotność, mimo że to on zgromadził wampiry w swojej posiadłości. Nie chciała stać się tak bardzo znużona codziennością, że ze zobojętnienia wyrywałyby ją jedynie najbardziej sadystyczne rozrywki. Nie chciała tracić swojej ciekawości świata i zdolności do czerpania radości z najmniejszych rzeczy, drobnych przyjemności, których prawdopodobnie nie potrafił zrozumieć, po tylu stuleciach poszukując jedynie wielkich, ekscytujących i perwersyjnych wrażeń. Wiedziała, że nie musiała wymieniać wszystkich tych cech, których się bała, prawdę mógł wyczytać z jej oczu. Podobnie jak jej strach, że jeśli Raelynn zostanie przy nim, nie uda jej się tego uniknąć, bo Casteel będzie miał na nią zbyt wielki wpływ, manipulując nią i kształtując wedle własnego uznania.
Już teraz postrzegał siebie jako jej stwórcę i była przekonana, że był gotowy posunąć się dalej, by dokończyć arcydzieło według swojego planu. Chciała wierzyć, że byłaby w stanie mu się oprzeć, ale gdyby tak było, nie znalazłaby się w tej celi ze złamanym sercem, którego roztrzaskane kawałeczki nadal zdawały się wyrywać w jego stronę. — Uważasz, że ludzkie życie nie jest wiele warte, ponieważ jest takie kruche, lecz właśnie dlatego każda chwila jest tak bardzo cenna. Zatraciłeś się w swojej wieczności. Kiedy po raz ostatni pozwoliłeś sobie cokolwiek czuć? Cieszyłeś się z tego, że żyjesz? Już nawet nie pamiętasz, co to znaczy. — Nie była na tyle naiwna, by sądzić, że ona wyzwoliła w nim jakiekolwiek uczucia. Dopiero teraz dostrzegała, jak bardzo jednostronne było jej zauroczenie. — Myślisz, że stworzenie Halamantu usprawiedliwia wszystkie inne zbrodnie, jakich się dopuściłeś? — Nie twierdziła, że ten azyl dla wampirów był złym miejscem, nawet jeśli wśród ludzi i prawdopodobnie innych, słabszych istot wzbudzał postrach. Ci, którzy nie rozumieli idei Casteela, mogliby uważać, że zbierał tutaj własną armię, ale podczas jednego z ich nocnych spacerów po ogrodach podzielił się z nią powodami, dla których otworzył bramy swojej posiadłości dla wampirów. Uważała, że to było piękne… a przy tym wiedziała, że dla niego niewystarczające. Halamant nie był odpowiedzią, której szukał, widziała to w jego oczach.
Usuń— Nie — powtórzyła Raelynn niemniej zapalczywie, chociaż do jej głosu przedarła się nowa niepewność wywołana echem nieopuszczającego ją wstydu. Kiedyś pragnęła być jego. W naiwny sposób marzyła o tym, że będą mogli dzielić więcej niż tylko wykradzione chwile. Była wychowywana w starannie wykreowanym środowisku, gdzie nie mogła wybierać nawet koloru własnej sukni czy upięcia, nie miała żadnej kontroli nad własnym ciałem czy czasem, każdy jej dzień był wciśnięty w ramy grafiku niemal tak sztywnego jak gorsety, w których nie mogła oddychać. Nie miała również nic do powiedzenia w kwestii przeniesienia się do Halamantu, kiedy wampirzy lord, któremu nikt nie odważył się przeciwstawić ze względu na jego złą sławę, zażądał jej obecności w swoim dworze w ramach wypełnienia paktu, jaki dawno temu zawarł z ludźmi. Wiedziała, że jej opinia nie miałaby również znaczenia w przypadku własnego zamążpójścia i miałaby niesamowite szczęście, gdyby jej przyszły małżonek był od niej zaledwie dwa razy starszy, nie tak jak w przypadku jej dawnej przyjaciółki Vivette, która została wydana za ponad sześćdziesięcioletniego starca po drugiej stronie kraju jako jego szósta żona, która miała mu w końcu dać męskiego potomka. Nie powinna pozwalać sobie na marzenia, ponieważ zderzenie z rzeczywistością bolałoby jeszcze bardziej, mimo to wybrała jego. W świecie, w którym nie pozwalano jej na szczerość, w którym każdy pocałunek, jaki mu oddała, był skazą na jej reputacji i cenie, jaką prawdopodobnie chciałby uzyskać za nią ojciec w przyszłości, Casteel pozwalał jej eksplorować, doświadczać, psocić i dał jej tyle swobody, że w pewnym momencie się nią zachłysnęła, przy okazji zachwycając się również nim. Pragnęła do niego należeć, pragnęła czuć się chciana przez niego i ironiczne było to, że nadal dawał jej to samo poczucie, że ktoś ją zauważał i jej pragnął. Miała już świadomość tego, że wykorzystał ją do własnego celu i nic między nimi nie było prawdziwe, a mimo to… był tutaj. Mógł się jej pozbyć, pozwolić jej umrzeć albo przemienić i wyrzucić niczym zużytego śmiecia za bramy swojego zamku, by czołgała się w błocie, mógł przysłać przypadkowego służącego, by sprawdził, jak się miała, tymczasem był tutaj, a ona nadal rozpaczliwie pławiła się w jego uwadze, chwytając się strzępków jego dobroci. Tylko on sądził, że miała w sobie potencjał; podobne słowa nigdy nie padły ze strony jej rodziny, chyba że rozprawiali o politycznych koneksjach i rozszerzeniu wpływów poprzez jej małżeństwo, nie mówił o niej jak o bezużytecznym dodatku.
Była tak oczarowana czułym zdrobnieniem, którego tylko on używał i obietnicą wspólnej przyszłości, że umykały jej inne szczegóły. Sądziła, że nie miała już żadnej przyszłości; nie miała już rodziny, jej przyjaciele również się od niej odwrócą, kiedy dowiedzą się o jej przemianie i tym, czym się stała… A Casteel właśnie szeptał do jej ucha tym swoim niskim głosem, że nie tylko czekała na nią jakaś przyszłość, ale on również w niej będzie i…
UsuńRaelynn stężała.
— Co znowu planujesz? — zapytała cicho, podejrzliwie. Nie mogła sobie pozwolić na to, by ponownie popełnić ten sam błąd i uwierzyć, że mu na niej zależało. Skoro jeszcze z nią nie skończył to znaczy, że była mu do czegoś potrzebna, a genialny umysł Casteela Corvusa nie przestawał knuć ani na sekundę. Wcześniej też nie zdawała sobie sprawy z tego, że była dla niego użyteczna, że mogła mieć w swoim posiadaniu coś, bez czego nie mógł się obejść. Najwyraźniej nadal potrzebował jej jako pionka w swoim wielkim planie i te wszystkie słodkie określenia oraz zawarte w jego głosie obietnice miały ją złamać, ponownie ją do niego zwabić.
A ona była głupią ćmą nadal lgnącą do jego ognia.
Nagle całą celę wypełnił metaliczny zapach i całe jej ciało zapłonęło. Wszelkie wątpliwości kłębiące się w jej głowie, burza emocji panująca w jej sercu musiały ustąpić jednemu: pragnieniu. Raelynn nie umiała z nim walczyć, nie umiała ponownie zepchnąć żądzy krwi na granicę swojej świadomości. W tym momencie stawała się brudnym zwierzęciem zdanym na najbardziej pierwotny instynkt, jaki nakazywał jej się posilić, natychmiast wyciszyć ból rozrywający jej ciało oraz umysł. Udało jej się uchwycić nikłej nici kontroli na zaledwie kilka sekund, dzięki którym nie rzuciła się od razu złakniona na jego rozorany nadgarstek; Casteel nie dał jej jednak żadnych szans na ucieczkę, po raz kolejny roztaczając nad nią swoją władzę. Jej kolana mocno zderzyły się z twardą posadzką, a ona nie spuszczała z niego wypełnionego nienawiścią i obrzydzeniem spojrzenia. Czuła się upokorzona tym, w jakiej pozycji się znalazła. Zawsze była grzeczną dziewczynką i gdzie ją to zaprowadziło? Zmuszał ją i pragnęła, by przez cały ten czas widział w jej oczach furię, pogardę i wrogość, by jej spojrzenie wypaliło się w jego umyśle, przypominając mu, jak bardzo ją krzywdził i upadlał dla własnej rozrywki. Walczyła jeszcze przez chwilę, lecz wiedziała, że to się na nic nie zda; nie w momencie, w którym poczuła na wargach lepką krew, nadal ciepłą i niesamowicie kuszącą. Niepotrzebny był nawet rozkaz wybrzmiewający w jego głosie, już wcześniej wpiła się spierzchniętymi wargami w jego ranę, łapczywie zlizując szkarłatne kropelki, nie zważając na tym, że klęczała przed nim na zimnym, drapiącym jej nagie kolana podłożu. To było jak czysta ekstaza, z każdym chciwym łykiem ból w jej wnętrznościach ustępował miejsca słodkiej rozkoszy, aż mimowolnie mocniej zacisnęła uda, mrucząc, kiedy czuła jego dłoń we włosach i na karku. Nie potrafiła myśleć o niczym innym, liczyła się jedynie krew i Casteel, jego bliskość, jego chłodna skóra tak cudownie smakująca pod jej ustami, które odzyskiwały swoją różaną barwę oraz miękkość pod wpływem pożywnego płynu. Jej umysł zasnuła mgiełka zadowolenia i upojenia, cichy głosik w jej głowie dopytywał, dlaczego skazywała się na takie cierpienia, walcząc ze swoją nową naturą, skoro wystarczyło, by poddała się własnym pragnieniom, rozrywając kolejne tętnice śmiertelników. Brzydziła się sobą, a jednocześnie po raz pierwszy od dwóch dni nie czuła bólu, więc nie umiała w sobie zdusić tego chorego zadowolenia. A najgorsze było to, że odczuwała toksyczną wdzięczność w stosunku do własnego dręczyciela.
To on uczynił z niej bestię łaknącą śmierci i krwi, ale w skrzywiony sposób dbał o nią nawet teraz i uważał ją za piękną, chociaż stała się potworem. Sprowadził ją do tej poniżającej pozycji, zmuszając, by przed nim klęczała, lecz Raelynn oprócz upokorzenia czuła także błędnie umiejscowione podniecenie, bo w snach czasami wyobrażała sobie, jak dobrowolnie przed nim klęka, drżącymi palcami rozpinając guzik jego spodni, a później… Jej policzki pokryły się rumieńcem wstydu i wreszcie spuściła wzrok z jego twarzy, spoglądając na ranę na jego przedramieniu. Wiedziała, że wkrótce się zasklepi i nie pozostanie po niej nawet ślad, a mimo to złożyła wzdłuż szramy ścieżkę delikatnych, niemal dziękczynnych, pocałunków, zanim zmysłowo zlizała z jego skóry każdy ślad po krwi. Był jej katem, ale był przy tym również jej wybawieniem.
Usuń— Tylko na chwilkę — szepnęła, układając wygodnie głowę na jego udach. Nie wiedziała, czy bardziej mówiła do niego, prosząc go, by nie zostawiał jej samej po tym, jak już wypełnił swoje zadanie i wmusił w nią nową dawkę krwi; czy może raczej próbowała przekonać samą siebie, że poddawała się tylko na moment, a później znowu podejmie swoją walkę, przeciwstawiając mu się z całych sił. Teraz była jednak na to zbyt zmęczona; zwyczajnie chciała… chciała jego. To głupie serce, już nieludzkie, ale jeszcze nie całkiem wampirze, jeszcze nie umiało przestać go chcieć. Była wykończona tymi wszystkimi uczuciami, które się przez nią przewijały; tym, że jej przechodzące przemianę ciało wydawało się obce, kiedy wszystkie kości, stawy i ścięgna przebudowywały się w coś trwalszego, niemal niezniszczalnego; tym, że została zamknięta w zimnej, wilgotnej celi z koszmarami i wspomnieniami, które wcale nie były lepsze od nękających ją nocnych mar; tym, że pragnienie nie przestawało jej dręczyć, nawet wypełniająca ją furia była dla niej obcym odczuciem. Wszystko było obce… wszystko z wyjątkiem Casteela.
Denerwowało ją to, że podczas gdy ona nie umiała poradzić sobie z wszystkimi targającymi nią emocjami, Casteel pozostawał taki spokojny… przekonany o własnej wyższości i słuszności, nie obchodziło go nic poza jego własnym planem. Dla niego to, że całe życie Raelynn zostało wywrócone do góry nogami było drobnostką, której prawdopodobnie nie poświęcał nawet najmniejszej uwagi. Wszyscy się jej wyrzekli, oddała rodzinną pamiątkę potworowi, a sama wylądowała w koszmarnej celi dręczona przez wyrzuty sumienia i niekończący się głód. To powinno najlepiej dowodzić temu, że była dla niego niczym, a mimo to… nadal nie umiała się w pełni pogodzić z podobną myślą.
OdpowiedzUsuń— Na tym etapie już wiem, że nic cię nie dotyka ani nie robi na tobie wrażenia. Nie masz żadnych uczuć, te wszystkie lata okrucieństwa pozostawiły w tobie jedynie pustkę. Byłam głupio, sądząc, że uda mi się ją wypełnić — mruknęła w odpowiedzi Raelynn, a jej głos przepełniony był znużeniem i rezygnacją, gdy mocno zacisnęła powieki, po raz kolejny walcząc z łzami. Dostała bolesną nauczkę i była pewna, że Casteel był z tego powodu zachwycony. Uwielbiał w końcu stawiać się w roli jej mentora, a nie było lepszej lekcji niż doświadczenia goryczy życia i ciosu zdrady na własnej skórze. Nigdy nie tłamsił jej ciekawości ani naiwności, stopniowo pozwalał jej się do siebie zbliżyć, aż było dla niej za późno i ostatecznie roztrzaskał na jej oczach fantazję, w której przez niemal rok pozwalał jej uczestniczyć. Musiał czuć niesamowitą satysfakcję, że udało mu się oszukać tak młodą dziewczynę, stopniowo naginając jej wolę i serce dla własnych korzyści; powoli sprowadzał ją na coraz bardziej niegrzeczną ścieżkę, zachęcając do robienia rzeczy, na które wcześniej nigdy by się nie odważyła pod ścisłą, narzuconą jej kuratelą, a ona wierzyła, że robił to, by ją uszczęśliwić. Tak jak ona robiła wszystko, aby uszczęśliwić jego, ostatecznie przekazując w jego ręce antyczny medalion przekazywany w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Och, musiał się wyśmienicie bawić, również teraz, gdy widział jej gniew, zranienie i głęboki wstyd wywołany faktem, że tak łatwo przyszło mu ją oszukać. Nienawidziła go nie tylko z powodu manipulacji, jakiej ją poddał i przemiany, do której doprowadził wbrew jej woli; nienawidziła go również za to, że sprawił, iż jej pierwsza miłość stała się powodem jej hańby. Jej zaufana służka, w tajemnicy przed wszystkimi, przemycała Raelynn gorące romanse, które czytała z wypiekami na twarzy, marząc o tym, że pewnego dnia spotka ją również spotka przepełnione pasją, odurzające uczucie. Nie chciała utknąć w martwym, pozbawionym emocji małżeństwie, do którego zostałaby przymuszona przez wzgląd na swoje nazwisko, pragnęła kochać do szaleństwa, nawet jeśli pewnego dnia miało się to stać zaledwie pięknym wspomnieniem, a nie jej codzienną rzeczywistością. Była zadurzona w Casteelu i chociaż wiedziała, że nie mieli przed sobą przyszłości z wielu względów, zaczynając na różnicy w statusach i świadomości, że będzie musiała opuścić Halamant, bo to nie było odpowiednie miejsce dla ludzi, a jej obecność tutaj miała być chwilowa, kończąc na fakcie, że on był wiekowym wampirem, a ona człowiekiem, który miał przed sobą w perspektywie zaledwie kilkadziesiąt lat, przy czym jej piękno i młodość miały przeminąć o wiele szybciej. Wiedziała, że prędzej czy później będą musieli zakończyć to, co nieśmiało pomiędzy nimi wykiełkowało, lecz nigdy nie podejrzewała, że dojdzie do tego w taki sposób. Nie tylko zranił ją, ale również upokorzył, gdy odsłonił przed nią część swoich kart. Była szczera we wszystkich gestach i słowach, jakie kierowała w jego stronę, a dla niego była głównie środkiem do celu i momentami przyjemną zabaweczką, która swoją głupotą dostarczała mu rozrywki w długie noce. Może byłoby jej łatwiej to zaakceptować, gdyby Casteel zostawił ją w spokoju, tymczasem wciąż do niej wracał.
Jeszcze z nią nie skończył, a chociaż Raelynn upierała się, że nie chciała mieć z nim nic wspólnego i obrzucała go obelgami, jakaś jej część odczuwała ulgę, mogąc nadal pławić się w jego spojrzeniu i melodyjnym brzmieniu jego głosu. Łaknęła jego uwagi niemal równie mocno co krwi i wiedziała, że to było złe, że wampir znowu spróbuje ją wykorzystać. Pragnęła wierzyć, że teraz była wystarczająco silna, by mu się oprzeć, ale… wystarczyło, by skierował na nią wzrok jasnych tęczówek albo dotknął jej nagiej skóry, a ona topniała pod wpływem jego zachwycającej bliskości.
UsuńRaelynn skrzywiła się z niesmakiem, jakby nie mogła uwierzyć w to, że naprawdę określiła go kiedyś w podobny sposób.
— To było zanim zrozumiałam, kim naprawdę jesteś — wymamrotała wreszcie, bo nie mogła wymazać przeszłości, nie mogła cofnąć się w czasie, by naprawić własne błędy, które doprowadziły ją do tego miejsca. Z powodu swojej nieśmiałości nie umiała mu powiedzieć wprost, ile jego towarzystwo dla niej znaczyło; inspirujące zdawało się być odpowiednim zamiennikiem, który ukrywał jej niemądre uczucia, a przy tym stanowiło jasny sygnał, że skrycie go podziwiała.
Raelynn mogła się upierać, że wreszcie zrozumiała, jakim brzydkim, makabrycznym rodzajem istoty był Casteel, ale to nie była prawda; w rzeczywistości nadal miała mętlik w głowie i nie umiała ocenić, co nim kierowało. Czy naprawdę był tak bezlitosny, na jakiego się kreował? Czy wszystko między nimi od samego początku było grą? Stała się ofiarą jego wyrachowania, mimo to nadal trudno jej było postrzegać go jako potwora, ponieważ zaoferował jej więcej niż ktokolwiek przed nim. Dał jej wolność i przestrzeń do rozwoju, dał jej schronienie i poczucie bezpieczeństwa. Otoczył ją swoją opieką i atencją, a później również czułością; otworzył przed nią nowe możliwości i nie krytykował jej wyborów ani nie stawał na jej drodze, wręcz przeciwnie, pomagał jej rozwinąć skrzydła. Był dla niej nieskończenie cierpliwy i zwyczajnie dobry, dlatego tak trudno było jej się teraz pogodzić z jego drugą twarzą. Z twarzą wampira, który mordował, torturował i sięgnął po to, co mu się nie należało bez cienia skruchy.
— Wypaczasz moje pragnienia, aby się usprawiedliwić? — warknęła zirytowana jego tonem. Twierdził, że nie chciał od niej wdzięczności, ale swoimi argumentami próbował ją przekonać do tego, że nie tylko postąpił słusznie, ale wręcz uczynił jej ogromną przysługę. Wiedział, że nie chciała zostać wampirzycą. Opowiedziała mu kiedyś o tym, że jej matkę znaleziono martwą w przydrożnej fosie, jej ciało nie zawierało w sobie ani kropelki krwi, a przy tym zostało tak zmasakrowane, że zidentyfikowano ją jedynie dzięki medalionowi, który ściskała w swojej dłoni, a którego po jej śmierci jedynie Raelynn mogła dotknąć. Nigdy nie rozstawała się z tym naszyjnikiem… aż zdradziła pamięć po własnej matce, wręczając go wampirowi pod wpływem szczenięcego zauroczenia. Przewrotność losu była okrutna; zakochała się w przedstawicielu rasy, która zamordowała jej matkę, chociaż wcześniej nienawidziła i bała się tych istot. — Jaką opcję otrzymałam? Jaka to wolność, skoro zostałam zamknięta w celi i wszystko dzieje się wbrew mojej woli, a ty uzależniasz mnie od siebie, przywiązując łańcuchem za pomocą głodu? Moja wolność sięga tak daleko, jak na to pozwolisz, więc nie różni się niczym innym od więzienia — prychnęła.
Raelynn zadrżała. Wiedziała, że pamięć Casteela sięga wielu wieków wstecz, ale łatwo było o tym zapomnieć, kiedy przed oczami miała twarz przystojnego młodzieńca. Dopiero w takich momentach uświadamiała sobie, jak wiele widział i przeszedł, bo czuł się absolutnie bezkarny. Nie bał się bogów, którzy nigdy nie upomnieli się o jego duszę, domagając się spłaty za jego zbrodnie; nie bał się władców, którzy przychodzili i odchodzili, tocząc swoje egoistyczne wojny o władzę i bogactwa, a on niezmiennie trwał; nie bał się innych istot, ponieważ wszyscy drżeli na dźwięk jego imienia, od dawna nikt nie ośmielił się nawet zbliżyć do Martwego Grodu pozostającego pod jego protekcją.
Zachłysnął się władzą, uznając, że żadne reguły go nie obowiązywały, moralne zasady, które wpajano jej z taką zaciętością w młodości, dla niego były śmiesznym, pozbawionym znaczenia zbiorem słów. Nigdy nie dosięgnęły go konsekwencje jego czynów, więc pozwalał sobie na coraz więcej, nie widząc powodu, dla którego kiedykolwiek miałby się zatrzymywać.
UsuńJa cię osądzę.
Ta myśl była tak niespodziewana, tak gwałtowna i nasączona gniewem oraz determinacją, że w pierwszej chwili Raelynn nie mogła uwierzyć, że pochodziła od niej. Zawsze była łagodna i unikała konfliktów, łagodząc nieprzyjemne nastroje uroczymi uśmiechami, ale Casteel uczył ją, że nie musiała się bać ani ukrywać. Mogła sięgać po rzeczy, na które miała ochotę, nikogo o nic nie prosząc i… czy nie miała prawa do tego, by pewnego dnia zażądać sprawiedliwości, by odpowiedział przed nią za wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządził? Mogła upokorzyć go tak jak on upokorzył ją. Mogła sprowadzić go na kolana w taki sam sposób, w jaki on teraz przytrzymywał ją na ziemi, zmuszając, by patrzyła na niego z dołu, wijąc się u jego stóp w mieszaninie ekstazy i obrzydzenia.
Jej postanowienie jednak nadal było chwiejne, bledło w obliczu jego słów i gestów.
— A co mamy tu i teraz? — zapytała cicho Lynnie, wpatrując się w niego tymi wielkimi, wypełnionymi ostrożną nadzieją oczami. Powiedział, że liczyła się jedynie chwila obecna, jednak ona… bogowie, tak bardzo chciała od niego usłyszeć więcej, nadal pragnąc… pragnąc od niego więcej. Nie powinna dać mu się omamić, lecz nie umiała pozostać obojętna, kiedy zwracał się do niej słodkim zdrobnieniem, używając równie łagodnego tonu, a jego dotyk pozostawał delikatny i czuły. Pocałunek w ramię pozbawił ją tchu; jej serce zatrzepotało w piersi, a ona delektowała się miękkością jego warg. Według niej było coś nieskończenie intymnego w podobnej pieszczocie, nieme zapewnienie, że nie chodziło jedynie o fizyczne pożądanie czy rozrywkę. Cała drżała, tym razem nie z gniewu czy strachu, a ze wzruszenia. To był taki prostu gest, a mimo to kompletnie ją rozstroił w połączeniu z jego zapewnieniem. Wiedziała, że powinna zacząć na niego krzyczeć. Jak mogła być dla niego ważna, skoro jedynie zabawił się jej kosztem, a później uczynił jej życie koszmarem, popychając jej rodzinę do morderstwa i przemieniając ją w istotę, którą gardziła? Ale nie umiała zarzucić go oskarżeniami, kiedy nadal czuła mrowienie w miejscu, w którym czule ucałował jej skórę.
— Kłamca — wyszeptała Lynnie, z lubością przymykając powieki, kiedy przeczesywał palcami jej długie, splątane włosy. Nawet ona nie była na tyle naiwna, by wierzyć w to, że Casteel byłby gotowy zaoferować jej swoją wieczność. Był znużony stuleciami, a Halamant był domem dla wielu pięknych wampirzyc, które mogły się popisać o wiele większym doświadczeniem od niej, będąc dla niego bardziej interesującymi towarzyszkami. Nie mogła się z nimi równać; powinna była zorientować się wcześniej, że ją wykorzystywał, ale bezbłędnie potrafił odgadnąć jej lęki i wyciszyć je, kiedy przejawiała oznaki zazdrości.
— Nigdy się ciebie nie bałam — wyznała. Nie dał jej ku temu powodu. Nigdy jej nie uderzył, nigdy nie sprawił, że czuła się przy nim głupia, mała i bezużyteczna. Słyszała plotki na jego temat, opisywano go w nich jako bestię bez serca, podobno jego okrucieństwo nie znało granic i nikt nie chciał mieć w Casteelu Corvusie swojego wroga, ale nigdy nie dał jej się poznać z tej strony. Dla niej większym potworem był jej własny ojciec. Casteel jej nie skrzywdził… dopiero teraz Raelynn zaczynała rozumieć, że tortury mogły przyjmować różny charakter. Może nie zranił jej w sposób fizyczny, ale zawłaszczał ją dla siebie, kształtował wedle własnego uznania, osaczał z każdej strony, aż nie będzie miała nikogo poza nim. Powoli to dostrzegała, mimo to… były momenty, w których nie widziała w tym niczego złego, bo tak rozkoszne było bycie tylko jego.
Zarumieniła się jeszcze mocniej, kiedy zmusił ją, by usiadła okrakiem na jego kolanach. To była tak nieprzyzwoita pozycja, że przez chwilę nie umiała mu spojrzeć w oczy, kuląc się i potulnie spuszczając głowę, próbując zapanować nad ogniem, który wypełniał jej żyły i podbrzusze, tym razem nie mając nic wspólnego z żądzą krwi. Siadanie na udach mężczyzny było skandalicznym zachowaniem, nawet jeśli nikt ich w tej chwili nie widział; bała się nawet głębiej odetchnąć, bo to była tak niecodzienna i bezwstydna sytuacja, kompletnie nie wiedziała, co miała ze sobą zrobić. To Casteel jak zawsze ją poprowadził; ujął jej twarz w swoje dłonie, zmuszając, by na niego popatrzyła, drżała, kiedy sunął dużymi dłońmi po jej filigranowej sylwetce. Wiedział, że nie miała doświadczenia. Zanim go poznała, oddała swój pierwszy pocałunek chłopcu stajennemu, pragnąc się przekonać, jakie to uczucie. Było całkiem przyjemnie, lecz nie poczuła żadnej iskry… dopóki po raz pierwszy nie zasmakowała Casteela. Skryli się wtedy w bibliotece, ogień rozpalony w kominku wesoło trzaskał za ich plecami rozpalony specjalnie dla niej, aby nie zmarzła. Odpowiadał na jej pytanie, ale zupełnie nie umiała skupić się na jego słowach, o wiele więcej uwagi poświęcając wpatrywaniu się w jego twarz. Był tak piękny, że patrzenie na niego bolało, stanowił arcydzieło, które za każdym razem zachwycało coraz mocniej, uderzając do głowy. Pamiętała, że niezwykle delikatnie założył kosmyk jej włosów za ucho, kciukiem ocierając się o jej żuchwę, a ją przeszył elektryzujący dreszcz i potrzeba tak silna, że nie umiała jej się oprzeć. Do tej pory nie umiała nadziwić się własnej śmiałości, kiedy wspięła się na palce i przycisnęła swoje wargi do jego ust na kilka cudownych sekund. To był krótki całus, jednak nie mogłaby go określić jako coś przyjemnego. To było… zbyt intensywne, ekscytujące, magiczne. Kiedy się od niego odsunęła, spłoszona uciekła z biblioteki i zamknęła się w swoich komnatach, ukrywając twarz w poduszce. Chowała się przed nim, przekonana, że ją odrzuci, bo była tylko głupią dziewczyną…
UsuńGłupią dziewczyną, której mimo wszystko pragnął do szaleństwa.
— Jak mogę ci wierzyć? — wyszeptała bez tchu. Na tym polegał problem – nie mogła. To nie mogła być prawda. Ale, och, jak bardzo chciała, żeby to była prawda.
Westchnęła głośno, instynktownie mocniej zaciskając uda wokół jego bioder, kiedy poczuła jego wilgotne wargi z wyczuciem odnajdujące najwrażliwsze punktu na jej skórze. Wbiła palce w jego silne ramiona, jakby zastanawiała się, czy chce go przyciągnąć bliżej, czy odtrącić. Powinna go odepchnąć, nawet jeśli wiedziała, że był w stanie wziąć od niej wszystko siłą, tymczasem nie próbowała nawet z nim walczyć, poddając się kuszącej pieszczocie. W jego oczach dostrzegała odbicie własnego pragnienia, które dręczyło ją, nie dając jej zaznać spokoju; wyrwał jej się pełen ulgi jęk, kiedy wreszcie poczuła jego zachłanne wargi na własnych, a pomiędzy nimi wybuchła pasja, jakiej nigdy nie zaznała. Wsunęła palce w jego jasne włosy, pogłębiając namiętny pocałunek, który z każdą sekundą stawał się coraz bardziej zaborczy i chciwy. Była nienasycona i nie sądziła, by kiedykolwiek mogłaby przestać go pragnąć.
— Cas… — wydyszała wprost w jego rozchylone wargi, ale wszelkie myśli uleciały z jej głowy, kiedy poczuła jego palce dotykające jej najwrażliwszego miejsca przez materiał bielizny. Aż sapnęła, ukrywając twarz w zagłębieniu jego ramienia, w myślach przeklinając go i wielbiąc jednocześnie. Jej wychowanie podpowiadało jej, że to było złe, że nie powinna w taki sposób oddawać się mężczyźnie, który nie był jej mężem, jednak… jak coś tak rozkosznego mogło być złe? Dlaczego jej podniecenie miało być powodem do wstydu? — Nie tutaj. — Jej głos był cichy, lecz wiedziała, że doskonale ją słyszy. — Ja… my… nie tutaj. Proszę.
Jeśli… jeśli miała oddać mu coś tak niezwykle cennego, nie chciała tego zrobić w celi, czując się jak więzień. Zbyt wiele to dla niej znaczyło.
Raelynn zastanawiała się, czy przez cały ten czas nie wiedziała, jakim bezdusznym mężczyzną był Casteel. Czy naprawdę nie dostrzegała sygnałów? Czy naprawdę nie wierzyła we wszystkie plotki? Przecież wiedziała, jaki los spotykał ludzi w Halamancie i skąd wziął się jej strach przed samotnym przemierzaniem korytarzy, a to były włości Corvusa, nikt nie odważyłby mu się sprzeciwić. Pozwalał na to wszystko, być może sam był propagatorem. Może od samego początku wiedziała, że pod tą anielską twarzą krył się demon, który żerował na strachu i bezsilności, ale samolubnie nie zwracała na to uwagi, pławiąc się w jego uwadze. W końcu dla niej był czarujący i niezwykle pociągający, więc jakie znaczenie miało to, że popełniał ohydne zbrodnie? Zaczynała w siebie wątpić, zastanawiać się, czy jej niewinność nie była cechą na pokaz, podczas gdy w środku była zepsuta.
OdpowiedzUsuń— Nie uważam, że doznałam szczytu okrucieństwa. Jestem świadoma tego, że wiele innych osób miało o wiele mniej szczęścia w życiu ode mnie, ale jakie prawo ty posiadasz, aby oceniać wszystkich według własnych kryteriów? To, co dla ciebie jest niczym, dla kogoś innego może być końcem jego całego świata — powiedziała cicho, spoglądając na niego z niechęcią. Casteel nie rozumiał, dlaczego było jej teraz tak ciężko. Nie miał w sobie wystarczająco dużo empatii, by dostrzec, jak bardzo czuła się oszukana, zraniona i osamotniona. Wszystko, co znała, zostało jej odebrane, a ona została wrzucona w zupełnie obce środowisko i chociaż Cas powtarzał, że wszystkiego ją nauczy, w rzeczywistości na razie nie zrobił nic poza zamknięciem jej w tym paskudnym miejscu i zostawieniu jej samej sobie. Mężczyzna, w którym się zakochała, traktował ją jak zbędną konieczność w celu zdobycia przekazywanego w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie medalionu, a jej własny ojciec w ramach zemsty za to, że oddała artefakt wampirowi, postanowił ją zamordować. Czy mógł się dziwić, że jej emocje były tak bardzo splątane, a ona szukała osoby, którą mogłaby za to wszystko winić, aby zachować resztkę zmysłów? Była tak bardzo zagubiona, że czepiała się strzępków informacji, jakie posiadała, starając się stworzyć dla siebie logiczny, rozsądny obraz sytuacji, problem w tym, że znajdowała się pod wpływem zbyt silnych uczuć, aby potrafiła racjonalnie podejść do tematu. Wiedziała jedynie, że jej własna rodzina nie tylko się jej wyrzekła, ale wręcz próbowała ją zabić, a ona została przemieniona w potwora, stając się przedstawicielką rasy, której się bała i nienawidziła. Wampiry zabiły jej matkę, a teraz ona stała się jedną z nich i była gotowa płaszczyć się przed sprawcą tego całego chaosu, byle tylko poczęstował ją kropelką krwi, co uwłaczało jej godności oraz zasadom, jakie wyznawała. Dla Casteela śmierć była stałą towarzyszką, jednak Lynnie wolałaby skrzywdzić siebie niż inną osobę. A on niejako skazał ją na egzystencję w przemocy, ponieważ bez ludzkiej krwi umrze, a mężczyzna zabronił jej targnąć się na własne życie. Błędne koło, z którego nie mogła uciec.
— Kimś, kogo nie znam — wymamrotała wreszcie, czując, jak przenika ją poczucie porażki oraz upokorzenie. Wydawało jej się, że wiedziała o nim wszystko, na pewno więcej od innych wampirów przebywających w Halamancie, że tylko przed nią się otworzył, oferując jej nie tylko swoje towarzystwo, ale także możliwość zajrzenia do jego myśli i serca, tymczasem utkał przed nią wizję, jaką chciał jej pokazać. Jak wiele z tego było prawdą? Kim był prawdziwy Cas? Ten, który teraz zwracał się do niej tonem pełnym pogardliwego jadu czy ten, który opiekował się nią, pielęgnując jej ciekawość i obdarzając czułymi komplementami? — Jesteś potworem z koszmarów, którym straszy się małe dzieci? Jesteś mordercą bez sumienia? — zapytała, chcąc usłyszeć jego wersję. Zarzucił ja opiniami innych o sobie, ale nie miała pojęcia, czy takie postrzeganie go miało na niego jakiś wpływ, czy po tylu latach zobojętniał na to, co wszyscy o nim myśleli. — Więc co cię interesuje? O jakich działaniach mówisz? Pozwól mi się poznać i zrozumieć! — wyrzuciła z siebie sfrustrowana.
Lynnie była tak zszokowana jego podniesionym, rozdrażnionym głosem, że wręcz próbowała się przed nim cofnąć. Nie przywykła do tego, że Cas się złościł, a już na pewno nigdy nie kierował swojego gniewu w jej kierunku. Właściwie zawsze był opanowany i kalkulował każdy swój gest na chłodno. Wydawało jej się, że przy niej zaledwie kilka razy stracił panowanie nad sobą, ale do tej pory nie miała pojęcia, czy to nie było tylko jej błędne wrażenie… Tak jak wtedy, kiedy uparła się, że będzie doglądała krzewu czarnych róż i przeziębiła się od przebywania na dworze, powietrze otaczające Halamant było zimne i wilgotne. Dostała gorączki. Była przekonana, że Casteel urwie głowę uzdrowicielowi, który trzymał jej kruchy nadgarstek zbyt długo w swoich palcach, sprawdzając jej tętno, lecz to mogły być jej majaczenia wywołane chorobą. Kiedy wyzdrowiała, okazało się, że krzew zniknął, podobno ktoś go spalił… Innym razem źle stanęła i skręciła sobie kostkę, spadając ze schodów, kiedy nieuważnie stawiała stopy, zaczytana w manuskrypcie, który od niego pożyczyła. Wtedy też wyglądał na dziwnie zdenerwowanego, jednak dopiero teraz nie miała wątpliwości, że naprawdę był zirytowany, chociaż Raelynn nie umiała odgadnąć, co wpłynęło tak negatywnie na jego nastrój. Na pewno nie pierwszy raz słyszał, jak ktoś odnosi się do jego okrucieństwa. A może… może mówił prawdę i jego złość wynikała z faktu, że błędnie go rozumiała, podejrzewając o ukryte intencje, podczas gdy w rzeczywistości wszystko to zrobił dla niej ze względu na łączącą ich relację? Chociaż ta złość też mogła być elementem manipulacji… Przez niego miała mętlik w głowie i nie miała pojęcia, czy mogła mu ufać. Powinna kierować się swoim sercem, które pragnęło mu uwierzyć czy rozumowi, który ostrzegał ją przed popełnieniem ponownie tego samego błędu?
Usuń— Nie mogłeś mi tego od razu wytłumaczyć? — warknęła w odpowiedzi Raelynn. Czuła się jak idiotka, ponieważ nie domyśliła się przyczyny swojego uwięzienia. To wszystko było dla niej zbyt świeże i niezrozumiałe. A do tego była wściekła, że nie umiał z nią zwyczajnie porozmawiać. — Poza tym w porządku, załóżmy, że nie mogłeś mnie wypuścić. Ale dlaczego nie pojawiłeś się tutaj wcześniej? Dlaczego nie odwiedzasz mnie regularnie? — wytknęła mu wreszcie naburmuszona, zażenowana uciekając przed nim spojrzeniem. Powinna być na niego zła, że przemienił ją wbrew jej woli, że oszukał ją i wykorzystał, a zamiast tego była rozczarowana, ponieważ nie przychodził do niej częściej. Lynnie nie chciała tego głośno przyznać, jednak była uzależniona od jego obecności. Dwa dni bez jego głosu, spojrzenia, dotyku to było istne piekło, zupełnie inny rodzaj tortury niż palący głód. Tęskniła za nim i nie umiała sobie poradzić z całym tym bólem, strachem i poczuciem obcości bez niego. Znajdowali się w najgłębiej położonej części zamku, gdzie sprzyjały mu nie tylko noce, ale również dnie; mimo to pojawił się w jej celi dopiero dzisiaj, a ona potrzebowała go nieustannie. Zwłaszcza teraz. Miała wrażenie, że całe jej nowe życie rodziło się w okropnym bólu: bólu złamanego serca, bólu przemiany, bólu świadomości, czego dopuścił się jej własny ojciec. A Cas… był jej ukojeniem. Nawet kiedy był tak ironiczny i odległy, nawet kiedy roztaczał nad nią aurę własnego autorytetu, przymuszając ją do uległości względem siebie.
— Wszystko? — powtórzyła Lynnie z nadzieją. To była taka piękna obietnica, w której zawierało się wszystko i nic. Kusił ją nie tylko sobą i wizją wspólnej przyszłości, ale także świadomością, że to ona mogła zdecydować, że to ona musiała mu na to pozwolić, podczas gdy wcześniej wybór zawsze był jej zabierany, znajdował się poza jej zasięgiem. Wiedziała, że Casteel dałby jej wszystko, o co by poprosiła, tak długo, jak byłoby to zgodne z jego intencjami, ale ostatecznie był egoistycznym tworem przyzwyczajonym do swojej sześćsetletniej samotności. Zawsze w pierwszej kolejności wybierze samego siebie. A ona? Czy nie mogła zrobić tego samego? Kochać go, lecz zawsze wybierać swoje własne cele? — Chcę mieć wszystko. Chcę mieć ciebie.
Raelynn mogłaby się z nim dalej spierać. Kazać mu rozejrzeć się po tej pustelniczej celi, w której ją zamknął, by w samotności znosiła wilgoć, chłód i ból przemiany. Zmusić go, by spojrzał na ślady po kłach na jej szyi, a później na wciąż tkliwą ranę pod jej lewym podżebrzem, która okazała się śmiertelna i gdyby Cas nie napoił jej swoją krwią, prawdopodobnie nie byłoby jej teraz tutaj. Nie sądziła, by był w stanie zrozumieć, jak bardzo bolała ją zdrada z rąk najbliższej jej osoby. Wiedziała jednak, że niczego nie osiągnęłaby w ten sposób, ponieważ był przekonany, że nie krzywdził jej, a oferował jej zupełnie nowy rodzaj życia, podejmując odpowiednie środki, by zapewnić jej możliwości rozwoju. Mogła się nie zgadzać z jego metodami, dalej obrzucać go obelgami, aż wreszcie jego stoicka maska pękłaby pod wpływem jej niesłabnących oskarżeń, złości oraz rozpaczy, podczas gdy ona sama spadałaby coraz głębiej w otchłań desperacji, nie potrafiąc zaakceptować swojego obecnego stanu… ale dlaczego miała się na to skazywać, skoro w zamian doświadczała słodyczy, jakiej do tej pory nie było jej dane zakosztować? Wystarczyło, by Casteel przeczesywał jej włosy palcami, a ona już czuła się spokojniejsza i mniej wystraszona; by przycisnął jej ciało do swojego, a ona zapominała o bólu i obcości jej nowych, przebudowanych mięśni oraz ścięgien. Jego pocałunki rozpalały w niej ogień, będąc jednocześnie balsamem na jej duszę i przypomnieniem, że nie umiała okiełznać własnych uczuć w stosunku do niego. Pragnęła go do szaleństwa, tak mocno, że kiedyś nie sądziła, iż takie uczucie jest w ogóle możliwe… aż spotkała jego. Opieranie się mu przypominało przeciwstawianie się potężnej wichurze; było absolutnie bezcelowe, ponieważ tak naprawdę Lynnie od samego początku była skazana na porażkę. Każde zmysłowe muśnięcie jego warg sprawiało, że traciła wolę walki, która była zastępowana przez przemożną potrzebę, by mu się oddać i wziąć od niego wszystko, co tylko chciał jej dać.
Usuń— Świat może płonąć. Nie ma to dla mnie znaczenia tak długo, jak będziesz ze mną — szepnęła, zaborczo obejmując go ramionami za szyję, niemal wtapiając się w jego ciało, wręcz rozpaczliwie do niego przywierając. Nie mogła nie zauważyć, jak idealnie ich sylwetki się uzupełniały, jak doskonale zdawała się pasować w jego ramiona, którymi otoczył ją w talii. Pozwoliła, by ich pocałunek stał się jeszcze bardziej nieokiełznany, pełny pasji, o którą nigdy siebie nie podejrzewała. Podobnie jak nigdy nie podejrzewała siebie o równie niszczycielskie skłonności. Przecież kochała ten świat, pragnęła podróżować, zwiedzić każdy jego zakątek, nieustannie zachwycała się nawet najdrobniejszymi rzeczami, podziwiając piękno kwiatów czy świergot ptaków, jej otoczenie niezmiennie ją fascynowało, o czym Casteel zdążył przekonać się na własnej skórze, cierpliwie odpowiadając na jej pytania i racząc ją opowieściami ze swoich poprzednich stuleci. Jej marzenia o wolności były ściśle powiązanie z pragnieniem zobaczenia nowych miejsc, ale… Raelynn nie umiała pozbyć się wrażenia, że świat ją porzucił, nigdy jej nic z siebie nie dał, podczas gdy Cas zawsze był przy niej, nawet teraz, kiedy złościła się i obwiniała go za wszystko. Świat ją ograniczał, narzucał jej określoną rolę, wpasowując w sztywne ramy, ignorując jej własne przekonania czy potrzeby; tymczasem Casteel nie odgradzał jej od niczego, pozwalając jej robić wszystko, na co miała ochotę i nie miało dla niego znaczenia, czy wpasowywało się to w kodeks etyki lub czy pasowało do młodej damy wywodzącej się z wysokiego rodu. Nie zmuszał jej do bycia kimś, kim nie była… i wiedziała, że ona również nie mogła od niego wymagać, by zmienił dla niej swoje poglądy, plany czy sposób bycia. Musiałaby go zaakceptować z jego okrucieństwem, chorobliwą ambicją, zaborczością… Ale on również dostrzegał i przyjmował jej spontaniczność, niecierpliwość, dzikość, nie uznając ich za wady. Gdyby udało jej się pogodzić z jego bestialstwem… mogłaby go mieć, a świat naprawdę mógłby dla niej spłonąć, bo wtedy liczyłby się tylko Cas.
— W twoim… w naszym przypadku zawsze to niezwykle długo — zauważyła cicho Lynnie, przyglądając mu się uważnie, jakby poszukiwała w nim oznak niepewności czy chęci wycofania się z tej obietnicy. Jeśli będą żyli wiecznie… przecież mógł się nią kiedyś znudzić albo zacząć ją nienawidzić, gdyby obróciła się przeciwko niemu. Naprawdę był skłonny przysiąc, że zawsze będzie przy nim bezpieczna? — Wierzę, że mnie nie skrzywdzisz. Wierzę, że nie pozwolisz, aby ktokolwiek mnie skrzywdził — powiedziała po chwili, z tak niewinnym i ufnym wyrazem twarzy, że wzruszyłaby nawet kamień. — Ale… to wcale nie znaczy, że jestem przy tobie bezpieczna. Nie masz pojęcia, co dzieje się tutaj, kiedy jesteś blisko. — Uniosła jego dłoń i położyła sobie na wysokości serca, wpatrując się w niego bezbronnie, jakby oczekiwała, że da jej odpowiedzi, powie, co ma zrobić, aby już się tak nie czuć w jego towarzystwie. — Przy tobie czuję tak wiele… ja nigdy… mam wrażenie, że moje serce wybuchnie, jeśli pokocham cię chociaż odrobinę mocniej. — Zawsze uciekała od nazywania uczuć, jakie do niego żywiła. Bała się nie tylko odrzucenia, ale zwyczajnie tego, że nie będzie już odwrotu, kiedy wypowie na głos podobne słowa. On wiedział i ona wiedziała, że była w nim beznadziejnie zadurzona, jednak miłość była luksusem, na które żadne z nich nie mogło sobie pozwolić. Ona powinna znaleźć porządną partię i wyjść za mąż zgodnie z życzeniem rodziny, a on miał swoje podniosłe plany na przyszłość, w których nie było miejsca dla śmiertelniczki… zwłaszcza tak delikatnej i wrażliwej jak ona. Może obecnie kruchość jej ciała przestała być problemem, ale wydawało jej się, że nadal dzieliło ich zbyt wiele, by podobna relacja nie zakończyła się tragedią i jej złamanym sercem. Powinna przerwać to wariactwo, zanim będzie za późno, mimo to pragnęła lekkomyślnie się w nim zanurzyć. Casteel nie zasługiwał na jej zaufanie, mimo to nie umiała go odtrącić, zdystansować się od niego, wycofać się. Potrzebowała go. W każdym aspekcie, w każdej formie. Napięcie i namiętność narastały między nimi, każdy gest zdawał się bardziej porywczy, drapieżny. Raelynn prychnęła zniecierpliwiona pod nosem, jakby była zirytowana faktem, że jego wargi miały czelność oderwać się od jej ust i zająć się czymś innym niż całowaniem jej. Zaraz jednak wyrwał jej się głośny jęk, a ona sama poruszyła gwałtownie biodrami, czując jego nieustępliwe palce. Dyszała ciężko w jego szyję, mocno zaciskając powieki, gdy starała się odzyskać panowanie nad własnym ciałem, które kompletnie ją zdradziło. Rozpłynęła się w jego ramionach, osłabła do tego stopnia, że właściwie półleżała na jego torsie, oddając się w jego władanie.
Usuń— Cas… — wymruczała, z trudem zbierając myśli. — Co ty… co ty ze mną robisz? — zapytała. Wydawała się odrobinę zlękniona, jakby nie umiała objąć rozumem tego, co się z nią działo pod wpływem jego pieszczot. Nikt wcześniej nie dotykał jej w tym miejscu, a chociaż zdarzało jej się czuć podobne napięcie między nogami za każdym razem, kiedy ich pocałunki stawały się bardziej zmysłowe lub jego dłonie sunęły po jej krągłościach, nigdy nie odczuwała tego wszystkiego równie intensywnie. Natężenie tych doznań było dla niej czymś zupełnie nowym, zaskakującym i oszałamiającym.
Gdyby nie była tak skupiona na rozlewającym się po jej ciele, elektryzującym podnieceniu, posłałaby mu promienny, wypełniony wdzięcznością uśmiech. Rzadko zdarzało się, by Casteel ulegał prośbom, a teraz był gotowy nagiąć dla niej reguły, które same ustanowił. Oprócz wdzięczności obudziło się w niej również poczucie władzy. Ten piekielnie niebezpieczny mężczyzna właśnie się jej poddał i to było niemal równie upajające jak przyjemność, jaką czerpała z jego erotycznego dotyku.
— Jestem twoją kruszyną. Czy kiedykolwiek nie byłam grzeczna? — zapytała pokornie, tym razem z premedytacją posuwając się do uległości. Przez ponad rok przebywała w towarzystwie mistrza manipulacji i najwyraźniej wbrew jego woli podłapała od niego kilka sztuczek. Lubił swoją uległą dziewczynkę, którą mógł urabiać niczym glinę na swój wymarzony kształt. Mogła mu ją dać… — Chociaż mam wrażenie, że czerpałbyś dużą przyjemność z wymierzania mi tej kary, gdybym zachowywała się nieodpowiednio — dodała już o wiele bardziej psotnym szeptem, skubiąc zębami płatek jego ucha. Wiedziała, że dla innych kara za niewłaściwe według Corvusa postępowanie byłaby o wiele surowsza; podejrzewała, że wiązałoby się to ze stratą kończyny albo głowy. Tymczasem Lynnie… Lynnie była dla niego wyjątkiem. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielkim, dopóki teraz nie zaczął jej dawać z siebie tak wiele. Już wcześniej dawał jej swoją uwagę, jednak miała wrażenie, że dopiero teraz pozwalał jej dostrzec prawdę zawartą w swoich gestach. Już nie chodziło o medalion. Chodziło o nią.
UsuńAlbo znowu dawała popis swojej cholernej naiwności.
Raelynn była gotowa go zamordować, gdyby w tej chwili przestał ją pieścić, ale ciekawość nie pozwalała jej dłużej siedzieć bezczynnie na jego udach. Nie miała doświadczenia i była przerażona tym, że popełni jakiś niewybaczalny błąd, mimo to zsunęła z jego ramion wierzchnią warstwę, po czym drżącymi z emocji palcami sięgnęła do guzików jego koszuli. Może powinna poczekać do chwili, w której znajdą się w prywatnych komnatach, jednak nie umiała dalej się powstrzymywać, za bardzo pragnęła poczuć jego nagą skórę pod opuszkami. Aż westchnęła z zachwytem, kiedy rozchyliła materiał, z czystym uwielbieniem wpatrując się w jego skórę w odcieniu najszlachetniejszego alabastru i pięknie zarysowane mięśnie. Przywarła spragnionymi wargami do miejsca, w którym zbiegały się jego obojczyki, znacząc drobną ścieżkę pocałunkami w dół jego mostka, podczas gdy jej dłonie nieśmiało odkrywały jego twardy brzuch. Delektowała się tym, że mogła go dotykać w sposób, który dla innych był niedozwolony i niedostępny.
— Mój piękny — szepnęła, przerywając na moment tylko po to, by przyłożyć dłoń do jego policzka w czułym geście.