sobota, 4 czerwca 2022

Lynnie


RAELYNN BASSETTE
ŚWIEŻO PRZEMIENIONA WAMPIRZYCA NA ZAWSZE ZAMKNIĘTA W CIELE DZIEWIĘTNASTOLATKI

Kiedyś...
Lubiła czuć promienie słońca na delikatnej skórze, mimo że do znudzenia powtarzano jej, iż wygląd był jej największą zaletą, a cera poznaczona piegami i muśnięta opalenizną obniżała jej wartość, jakby była klaczą rozpłodową przeznaczoną na sprzedaż temu, kto da więcej. Lubiła zakradać się w nocy do kuchni i podwijać rękawy utkanej niczym z pajęczej nici koszuli nocnej, by zanurzyć palce w cieście, delektując się słodkim aromatem cukru pudru unoszącego się w powietrzu, kiedy kolejne z jej wypieków studziło się na blasze przy lekko otwartym oknie. Tym samym, którym czasami wykradała się z domu, aby przebrana w chłopięce ubranie kosztować zakazanego owocu — upajającej wolności kryjącej się w grze świateł na festynach, gorzkim smaku pierwszego alkoholu na czubku języka w podrzędnej karczmie... Lubiła nosić bogato zdobione suknie z tak licznych warstw materiału, że to było wręcz niedorzeczne, ale podobało jej się, jak falowały z każdym jej krokiem, zwłaszcza podczas tańca. 
Kiedyś była młoda, głupia i naiwna. Wierzyła, że nawet największe potwory mają w sobie odrobinę dobra, a ona będzie mogła zmienić świat, jeśli postara się wystarczająco mocno. Miała rodzinę, która była dla niej najważniejsza, nawet jeśli stawiali przed nią wygórowane oczekiwania, jakim nie mogła sprostać. Śmiała się głośno i ufała całą sobą, a los uwielbia łamać takie niewinne dusze

Teraz... 
Światło słoneczne jest dla niej zabójcze; zamiast piegów pojawia się ból i swąd palonej skóry. Nie ma już żadnej wartości, którą jej skandaliczne zachowanie mogłoby obniżyć, ponieważ nikt nie chciałby kupić równie uszkodzonego, nieobliczalnego towaru. W jej ustach każdy kęs jest niczym papier ścierny; tylko krew jest w stanie zaspokoić jej nigdy niegasnące pragnienie popychające ją na skraj szaleństwa, zmuszające do robienia obrzydliwych rzeczy. Nie wykrada się z domu, ponieważ nie ma już żadnego miejsca, które mogłaby nazywać w podobny sposób. To ironiczne, że kiedy wreszcie dostała tę upragnioną wolność i została zwolniona ze swoich społecznych obowiązków trzymających ją w ramach sztywnych konwenansów, nie umie się nią cieszyć ani z niej skorzystać, za bardzo obawiając się chaosu, jaki niesie ze sobą jej kompletny brak kontroli nad zwierzęcymi instynktami. Każda warstwa materiału zdaje się ją dusić, drapać do żywego, jest przeczulona i nadwrażliwa na docierające do niej bodźce. 
Teraz nadal jest młoda, ale zapłaciła za swoją głupotę i naiwność. Potwory okazały się być bardziej przebiegłe i bezlitosne niż mogła przypuszczać, a świat nigdy się nie zmieni, za to z przyjemnością złamie kolejne osoby. Nie ma rodziny, w ich oczach jest zdrajczynią i monstrum, które powinno było umrzeć. Nie umie się śmiać i pragnie umrzeć, ale nie ma wystarczająco dużo samozaparcia, aby ze sobą skończyć. Chociaż... nie. Najpierw świat będzie musiał zapłacić jej za to, co jej zrobił.

16 komentarzy:

  1. W Halamncie noc przychodziła wcześnie, jakby natura wychodziła naprzeciw potrzebom swoich dzieci, otaczając je bezpiecznymi, czułymi ramionami. Słońce wraz z gęstą mgłą ustępowało bezkresnemu niebu usianemu gwiazdami, a długie, kręte korytarze zamku rozbrzmiewały podniesionymi głosami kobiet i mężczyzn. Niektórzy wyruszali na łowy zaspokoić głód w lasach oferujących pożywienie, lecz większość zajmowała liczne salony ulokowane w różnych częściach zamku, pozwalając obsługiwać się ludziom donoszącym cierpkie wino oraz puchary pełne krwi. Była też grupa uczonych, która każdej nocy gardziła taką formą rozrywki, samotnie kontemplując gwiazdy i ułożenie planet, próbując jak na razie bezskutecznie rozwiązać tajemnicę spędzającą sen z powiek Casteela Corvusa. Halamant stał otworem przed wampirami zamieszkującymi Północ — oferował schronienie tym, którzy uciekali przed szponami sprawiedliwości, pragnęli zgłębić swoją naturę lub po prostu szukali towarzystwa, zmęczeni ciągłym ukrywaniem i podróżowaniem w pojedynkę. Samotność przy długowieczności była bardziej brzemieniem, niż błogosławieństwem, dlatego też stworzył azyl dla wampirów w swej rodowej siedzibie; ludzkie prawo nie obowiązywało w Halamancie i nie każdy wychodził z niego żywy.
    Egzystencja wampira nie była szczególnie pociągająca, zwłaszcza dla kogoś, kto pamiętał czasy, gdy to nie istoty z Mrocznej Puszczy budziły postrach, a stworzenia o wiele większe i dużo bardziej krwiożercze. Pamiętał dni, w których wydawało się, że przetrwanie następnej nocy będzie niemożliwe; mrożący krew w żyłach zwierzęcy ryk, trzepot potężnych skrzydeł bijących w powietrzu i płomień pustoszący wszystko wokół. Przeżył ludzki żywot kilkukrotnie, nie potrafiąc czerpać przyjemności z małych, niepozornych rzeczy; pragnął mocnych, intensywnych doznań, bo tylko wtedy posiadał marną namiastkę tego, że nadal żyje. Nieustannie przesuwając granicę i zatracając resztki człowieczeństwa, wreszcie dotarł do punktu, w którym nawet mordowanie w najbardziej brutalny, sadystyczny sposób nie sprawiało mu przyjemności, ani nie przynosiło ulgi; wszelkie emocje zastąpiła uciążliwa obojętność, przez którą wielu schodziło Casteelowi z drogi. Czasami wyprzedzała go reputacja bezwzględnego mordercy niemającego litości dla nikogo — wampira idącego po trupach do celu i dostatecznie szalonego, aby zniszczyć świat. Mijały lata i stulecia, zmieniały się imiona zasiadające na tronie, dochodziło do wojen i krwawych konfliktów, a Casteel nadal trwał od blisko sześciu wieków, niezmiennie stojąc na straży Halamantu.
    Wystarczyła plotka, aby popadł w głęboką obsesję. Małe strzępki informacji rozsianych po Północy tu i ówdzie, przemycanych w trakcie biesiad cichymi, zaintrygowanymi głosami w portach Vergamo; tropy prowadzące w ślepy zaułek po Południu, rosnąca irytacja i wzrastający gniew towarzyszyły mu podczas poszukiwań. Uczepiwszy się myśli, że w każdej plotce istnieje ziarno prawdy, drążył uparcie, nie zadowalając się zdawkowymi odpowiedziami. Ostatnie określenie, jakim można byłoby nazwać Casteela Corvusa to marzyciel, raczej twardo stąpał po ziemi i dbał o to, żeby jego reputacja stale go wyprzedzała, ale w tym przypadku naprawdę marzył. Marzył o sprowadzeniu Wiecznej Nocy, która umożliwiłaby wampirom wyjście na zewnątrz bez względu na porę dnia; nie chciał, aby jego pobratymcy chowali się po zimnych kątach, by spotykali się z brutalnością i odrzuceniem, nieakceptowani przez społeczeństwo, które powinno im służyć. A w tym celu potrzebował nie tylko magii, lecz także wiernych zwolenników, i jak inaczej mógłby to sobie zapewnić, niż tworząc wampiry? Jego własne dzieci, będące jednocześnie orężem, przywiązane do niego krwią, której Casteel używał raz po raz, zapewniając sobie wierność i oddanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kręte schody pod katakumbami prowadziły do odosobnionych pomieszczeń, specjalnie wydzielonej strefy, gdzie przebywały wampiry przechodzące przemianę — zawieszone pomiędzy resztkami człowieczeństwa, a zupełnie nową, nieznajomą naturą złaknioną krwi. Casteel obserwował najróżniejsze reakcje towarzyszące przemianie człowieka w wampira; widział płacz i głęboką rozpacz wywołaną brakiem zrozumienia dla sytuacji, w której się znajdowali, gniew oraz chęć destrukcji wszystkiego, co znajdowało się naokoło. I nie było w tym nic dziwnego, skoro przemiana wiązała się nierozerwalnie ze śmiercią; większość odczuwała silne zdezorientowanie, dręczyło ich poczucie niepokoju, gdy ciało przestawało reagować na różne bodźce, a później głód. Niezaspokojona żądza mordu przyćmiewająca nawet zdolność myślenia, przynajmniej na początkowym etapie.
      Schodząc w dół Casteel czuł coraz większy chłód wraz z mrokiem, który zdawał się gęstszy, pomimo pochodni trzymanej przez niego w dłoni. Wilgoć i zapach ziemi przenikającej przez kamienne fundamenty sprawiła, że mimowolnie się skrzywił; lochy przypominały grobowiec, ale czy nie tak należało myśleć również o katakumbach, w których spędzali długie dnie, chroniąc się przed światłem słońca? W końcu dotarł na sam dół; omiótł spojrzeniem szereg cel, docierając do jedynej, która pozostawała zamknięta. Solidne drewniane drzwi z niewielkim otworem z dwoma kratami służyły do komunikacji, ale też świetnie sprawdzały się do obserwowania osoby przebywającej w środku. Tym razem nie tracił czasu na samo patrzenie; zgodnie z jego podejrzeniami Raelynn musiała odczuwać głód, bo ostatnim razem odwiedził ją dwa księżyce wcześniej, co w przypadku młodej wampirzycy musiało zdawać się wiecznością. Przekręcił mosiężny klucz w zamku, bez przeszkód wchodząc do środka i zawiesił pochodnię będącą jedynym źródłem światła w niewielkiej celi, gotowy ocenić postępy przemiany.
      — Witaj, moja najdroższa — wymruczał ściszonym, głębokim głosem, wbijając spojrzenie w skuloną na prowizorycznym łóżku dziewczynę. Tak, sprawiało mu przyjemność oglądanie swojego dzieła. Podziwianie doskonałości zawartej w drobnym ciele o delikatnych rysach. Nie przypominała już tamtego uroczego stworzenia, które zawitało do Halamantu na mocy zawartego z ludźmi sojuszu; bez jej śpiewu korytarze zamku zdawały się przygnębiająco puste i chociaż Casteel nigdy by się do tego nie przyznał, zbyt często rozmyślał o chwilach spędzonych z Lynn, gdy ta była jeszcze człowiekiem, wlepiającym w niego ufne spojrzenie. Teraz patrzyła na niego z czystą nienawiścią, lecz dostrzegał również, że była nieco bardziej ożywiona, jak ktoś wybudzający się nagle z letargu. — Jak twoje samopoczucie? Jesteś spragniona? — dopytywał, domyślając się odpowiedzi. Była dostatecznie dumna, aby milczeć w nieskończoność, jednak głód w końcu zwycięży. Zawsze zwyciężał, a Lynn wiedziała, że tylko on może go zaspokoić.

      Usuń
  2. Przemiana była koszmarem, wszak wiązała się nierozerwalnie ze śmiercią ludzkiego ciała, które wraz z każdą godziną mijającą od ugryzienia, ulegało drastycznej zmianie. Organy przestawały pracować, krew krzepła w żyłach, a ciało zaczynała trawić gorączka połączona z rosnącym głodem, jednak nie to było najgorsze. Cierpienie zaczynało się w umyśle, który nie nadążał za drastycznymi zmianami; teraźniejszość mieszała się z przeszłością, wspomnienia ulegały zniekształceniu wraz z rosnącym poczuciem niepokoju towarzyszącego każdemu oddechowi. Dlatego tak ważne było odizolowanie przyszłego wampira od wszelkich bodźców, które boleśnie utrudniałyby przemianę, potęgując wrażenie rozpadania się na kawałki. Nie zamknął Raelynn w lochu dla własnej przyjemności, choć zapewne mogła tak myśleć w obliczu ostatnich wydarzeń.
    Z zadowoleniem przyjął fakt, że nie popadła w letarg podczas tych dwóch dni spędzonych w samotności. Zareagowała zaskakująco szybko na jego obecność, zmieniając pozycję, przez co zapewne liczyła, iż znajdzie się poza zasięgiem łapczywych dłoni Casteela, co było bardzo naiwnym pomysłem, bo gdyby tylko zapragnął, zrobiłby z nią wszystko. Nie była pierwszym człowiekiem, którego przemienił, zatem odrzucenie tej naturalnej więzi związanej pomiędzy stwórcą, a wampirem nie przyszłoby mu z dużym trudem, ale dla niej oznaczałoby to niewyobrażalne cierpienie. Czy mógłby to zrobić bez wyrzutów sumienia? Oczywiście. W Casteelu Corvusie niewiele pozostało jakichś uczuć, właściwie były one zatarte przez czas i wydarzenia, których doświadczył na przestrzeni sześciu wieków; szedł po trupach do celu, nie bacząc na to, ile niewinnych żyć będzie musiał poświęcić, jeśli dzięki temu choć trochę zbliży się do przełamania klątwy. Raelynn była ludzką dziewczyną mającą coś, czego bardzo potrzebował, a czego nie mógł uzyskać przemocą — sprowadził ją do Halamantu i otoczył swoją ochroną, zdając sobie sprawę z tego, że zamieszkanie w zamku będącym siedzibą dziesiątek wampirów musiało być dla śmiertelniczki przerażające. Raptem garstka jego popleczników była wtajemniczona w skrupulatne plany, tymczasem Casteel grał rolę z mistrzowską precyzją.
    Spędzał z Raelynn wszystkie wolne chwile, oprowadzając ją po licznych komnatach i zabierając do wieży astronomicznej podczas pełni, gdy srebrny księżyc unosił się wysoko na nocnym niebie, a oni przez specjalnie skonstruowane szkła podziwiali planetę w całej okazałości. Choć była to wyłącznie gra, ujęła go dziewczęcą szczerością i ciekawością świata; pozostawała w tym wszystkim tak naturalna, że Casteel przestał postrzegać spędzane z nią noce jako marnotrawstwo cennego czasu. Właściwie coraz częściej przyłapywał się na tym, iż w ciągu dnia, który spędzał z daleka od niej głęboko w katakumbach pod zamkiem, łaknął jej towarzystwa. Brakowało mu jej słodkich, odrobinę nieśmiałych uśmiechów, ufnego spojrzenia szarych oczu i ciepła bijącego od zarumienionych policzków; przypadkowego dotknięcia dłoni
    Przystanął przy prowizorycznym łóżku i po prostu przez moment w milczeniu na nią badawczo na nią spoglądał. Wampiry odznaczały się nieprzeciętną urodą, kiedyś powiedział Raelynn zupełnie szczerze, iż fizyczna atrakcyjność spotęgowana przemianą ma na celu uśpienie czujności ofiary, stanowiąc swoisty kamuflaż poprzedzający atak. Gdyby wyglądali jak potwory z baśni, którymi w gruncie rzeczy przecież byli, żerowanie na krwi śmiertelników okazałoby się sporym wyzwaniem. Skóra dziewczyny, choć zawsze jasna i bez najmniejszej skazy, obecnie zaczynała przypominać delikatny alabaster, na którym odcinały się jej oczy i usta o jeszcze bardziej wyrazistej barwie, niż wcześniej. A on podziwiał ją z zachwytem niczym dzieło sztuki, którym Raelynn powoli się stawała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wolałem twoje wargi na swojej skórze. Są zbyt piękne, żeby wydobywały się z nich tak obrzydliwe słowa — skwitował z nutą rozbawienia w głosie. Doskonale znał jej temperament ukryty pod koronkowymi szatami i wyuczonymi manierami; znał smak jej pocałunków, rytm bicia serca, gdy zaczynał do niej mówić i chociaż tak bardzo próbowała skupić się na nienawiści do niego, orientując w końcu, iż była środkiem do osiągnięcia celu, więź ich łącząca wszystko komplikowała. Casteel również ją czuł — ukrytą w jego pustym wnętrzu, dającą znać o swoim istnieniu za każdym razem, gdy o niej myślał, walcząc z naturalnym przyciąganiem, kiedy przebywał z daleka od Raelynn.
      Usiadł obok niej, opierając dłonie na drewnianej ramie żałośnie jęczącej pod jego ciężarem. Wzdrygnęła się, co jednak nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia, ponieważ nie miała szans od niego uciec; nie teraz gdy ich los był ze sobą nierozerwalnie spleciony, a ona go potrzebowała. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem, odgarniając kaskadę ciemnych włosów na jej plecy, aby odsłonić smukłą szyję. Chciał zobaczyć na niej ślady wgłębienia po swoich kłach, ostateczny dowód, że należała do niego, bo postanowił ją oznaczyć, bo wyciągnął po nią dłonie i nie zamierzał jej z nich wypuszczać.
      — To chwilowe rozwiązanie dla twojego dobra, kruszyno — odparł spokojnie, niemniej dla Raelynn te słowa musiały wydawać się kuriozalne, biorąc pod uwagę ciemność, wilgoć i zimno lochu, w którym ją zamknął. Według niego była to gwarancja bezpieczeństwa: zarówno dla dziewczyny, jak i dla reszty ich pobratymców. — Przechodzisz przemianę. W takiej sytuacji należy ograniczyć bodźce pochodzące z zewnątrz, poza tym towarzystwo osoby zawieszonej pomiędzy życiem a śmiercią jest dość... problematyczne, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi — w Halamancie roiło się od wampirów, osoby przechodzące przemianę bywały w swoich reakcjach dość brutalne, później niekoniecznie rozumiejąc, jakich czynów się dopuściły w szale spowodowanym pragnieniem krwi. Dziury w pamięci były czymś normalnym. Należało zachować ostrożność i zminimalizować ryzyko, aby nie doszło do makabry, a jemu zależało na tym, aby wszystko poszło zgodnie z planem, pomimo komplikacji. Nigdy nie zamierzał uczynić z niej wampirzycy, ale podjął taką decyzję, do czego zmusiła go jej przeklęta rodzina.
      Odsunął od siebie wspomnienie krwawej masakry, którą im zgotował niedługo po tym, jak próbowali ją zabić, zwróciwszy się przeciwko niej, a właściwie kiedy tego dokonali, ponieważ niezależnie od tego, za jakiego drania go miała, Casteel był mściwy i nie znał litości, natomiast plotki o nim krążące były prawdziwe, nie stanowiąc jedynie przesadzonych opowieści o tym, jak złe były wampiry.
      — Zakończyć? — powtórzył po niej wolno, ściągając brwi i zastanawiając się nad sensem słów dziewczyny. Czuł, że tego pragnęła, gotowa wyjść śmierci — jakakolwiek by nie była — naprzeciw, lecz nie mógł na to pozwolić. Wciąż potrzebował Raelynn, poza tym strata zawsze pozostawała bolesna. Działał egoistycznie, lecz doprawdy to najmniejsze przewinienie, jakie kiedykolwiek popełnił. — Nie zakończysz swojego życia. To ludzkie już dobiega końca, a twoje wampirze życie należy do mnie i zabraniam ci podejmowania prób skończenia ze sobą — pochylił się nad nią, by móc wyszeptać jej te słowa na ucho, choć próbowała skulić ramiona i odsunąć się od niego, co skutecznie jej uniemożliwił, łapiąc kruchy nadgarstek w żelazny uścisk. Jego rozkaz mógł brzmieć niczym czuła pieszczota kochanka, niemniej przebijała przez niego lodowata stanowczość świadcząca o zdecydowaniu Casteela. — Nauczę cię wszystkiego, co sam potrafię i pokażę ci świat, którego dotąd nie widziałaś. Och, jesteś z pewnością bardzo spragniona... Chciałabyś poczuć ulgę? Uwolnić się od bólu? — spytał sugestywnie, próbując złapać jej spojrzenie.

      Usuń
  3. Raelynn miała całkowitą rację, choć dopiero po fakcie dostrzegła w nim obrzydliwość skrywaną za skrupulatnie stworzoną przez Casteela fasadą i było to dla niego zabawne, a jednocześnie ujmowało go za serce, pociągając struny, o których istnieniu już dawno zdążył zapomnieć. Ludzie w znacznej mierze byli dla niego pożywieniem lub środkiem do osiągnięcia celu — uważał ich za gatunek gorszy od siebie, bo najsłabszy i zarazem najbardziej bezbronny. Casteel gardził słabością, a właśnie to cechowało każdego człowieka, jakiego spotkał na swej drodze. Wystarczyła gwałtowna zmiana pogody, aby zapadali na choroby. Niegroźna rana pozostawiona bez interwencji uzdrowiciela mogła doprowadzić do zgonu. Głód doskwierał im znacznie częściej, niż jemu, a wampirze potomstwo było silniejsze od niemowląt, które często nie miały szans dożyć dorosłości. Jaki los czekał Raelynn? Poślubiłaby jakiegoś nieznanego jej mężczyznę wybranego przez rodzinę. Zostałaby matką i marniałaby każdego dnia wśród przyziemnych obowiązków, starając się zapewnić godny byt nie tylko sobie, ale też swoim bliskim. Jej uroda, świeżość i młodość przeminęłyby z prędkością kwiatu, który wyrwany z podłoża i włożony do wazonu szybko usychał. Pamięć o niej żyłaby przez pewien czas w nielicznych myślach potomków, a potem jej istnienie zostałoby zapomniane, jakby nigdy się nie narodziła. I według Corvusa nie było nic gorszego od bycia zapomnianym, od pozostawienia po sobie zionącej pustki. Nie winił Raelynn, że jeszcze tego nie rozumiała — dotąd żyła tu i teraz, Casteel natomiast żył w wielu chwilach naraz. Jego ambicje wykraczały poza pojmowanie dziewczyny, chociaż dał jej przecież namiastkę prawdziwej wolności.
    Otworzył przed nią wszystkie pokoje Halamantu, zachęcając, aby samodzielnie spacerowała w ciągu dnia po długich marmurowych korytarzach, zaglądając do komnat i przeglądając rzeczy, które budziły jej zaciekawienie. Zdawał sobie sprawę, że jako człowiek przebywający w zamku pełnym wampirów drżała za każdym razem, gdy za oknami zapadał zmierzch, a podwójne drzwi katakumb stawały otworem. Poświęcał jej swój czas, nie chcąc, aby czuła się osamotniona i zdana wyłącznie na siebie, bo gdyby nie jego protekcja, prawdopodobnie już dawno temu padłaby łupem innych wampirów. Zachęcał do tego, żeby rozwijała ciekawość, a przy tym zakochiwała się w nim coraz bardziej.
    — Nie oczekuję twojej wdzięczności. Jestem świadomy tego, że masz w umyśle chaos, nie mogąc poradzić sobie ze wszystkimi zmianami, które zachodzą obecnie w twoim ciele. Poza tym fałszywa wdzięczność jest znacznie gorsza, niż najlepsze obelgi, jakimi mogłabyś mnie uraczyć — stwierdził swobodnie, przemawiając do niej tak, jakby rozprawiał o czymś błahym. Tak, nigdy dotąd nie zwracała się do niego równie wrogo, co w tej chwili, ale spodziewał się podobnej reakcji, zatem był na to gotowy. Był gotowy zmierzyć się z jej wściekłością, pretensjami oraz lamentem — to na nim miała wyładować frustrację związaną z poczuciem niemocy, bo Casteel podjął decyzję za nią, kierując się nie odruchem serca, ale czystym egoizmem, poczynioną naprędce chłodną kalkulacją. Wciąż jej potrzebował, wcale nie zamierzając pozwolić Raelynn umrzeć. Zmusił ją do wypicia własnej krwi tuż po tym, jak naznaczył jej łabędzią szyję ugryzieniem, kosztując słodkiej krwi, której smak czuł na języku do tej pory. I zrobiłby to ponownie bez chwili wahania, nie potrafiąc tego żałować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Który cię zabił — dokończył za nią, uważnie przyglądając się wszystkim emocjom wymalowanym na pięknej dziewczęcej twarzy. Jakież to musiało być dla niej traumatyczne doświadczenie, skoro nawet nie potrafiła zmusić się do powiedzenia tego głośno. Wyglądała na tak głęboko przejętą i zranioną, gdy kuliła się w sobie, jakby w ten sposób chciała się ochronić przed prawdą, że przez moment pomyślał o wyciągnięciu do niej ramion. Otoczeniu jej bezpiecznym kokonem, w którym dotąd lubiła trwać, nie zważając na lodowatą temperaturę jego ciała, czy potencjalne niebezpieczeństwo. — Ktoś, kto podarował ci życie, nigdy nie powinien uzurpować sobie prawa do jego odebrania. Nie ma większej zbrodni od zabicia kogoś, kim powinno się opiekować, prawda? To rola ojca i stworzyciela, aby chronić swoje dziecko przed złem — w stwierdzeniu Casteela było sporo prawdy. To nie rodzice winni chować swoje pociechy, a kompletnym zaprzeczeniem rodzicielstwa było to, czego dopuścił się na niej ojciec.
      — Nie prosiłaś mnie o przemianę, to prawda. Sam podjąłem tę decyzję, której nie żałuję. Śmierć jest końcem, a egzystencja po niej nowym początkiem. Zasługiwałaś na nowy, lepszy początek pozbawiony ludzkich słabości i niedoskonałości ludzkiego ciała — jego głos pozostawał spokojny i ciężko byłoby nadać mu jakiś konkretny ton. Nic nie świadczyło o tym, żeby był zniecierpliwiony lub znudzony ich rozmową, wręcz przeciwnie, wydawał się prawdziwie zaangażowany. Casteel wiedział, jak przemawiać, jakich słów używać, aby stworzyć odpowiednie pozory. Chciał małymi krokami przekonać Raelynn do swoich racji, a umiejętności manipulacji rozwijane na przestrzeni stuleci wyłącznie mu w tym pomagały. — Naprawdę myślałaś, że byłbym w stanie stać tam bezczynnie i patrzeć jak wykrwawiasz się na podłodze? — spytał, nie odrywając od niej nieruchomego spojrzenia pełnego determinacji. Oczywiście, że mógłby to zrobić, ba! Robił o wiele gorsze rzeczy, z czego patrzenie na ludzi wydających z siebie ostatnie tchnienie, było doprawdy maleńkim przewinieniem, ale nie musiała o tym wiedzieć. Chciał ją przekonać, że z uwagi na ich relację nie byłby w stanie zrobić nic przeciwko niej, co nie było do końca prawdą. — Nienawiść to mocne słowo, ale nie zawsze ma negatywny wydźwięk. Moja egzystencja jest długa i momentami nużąca, jednak stworzyłem Halamant, dając innym wampirom schronienie, bo świat wcale nie jest bezpieczny, ani przyjazny — zaczął powoli, uważnie dobierając słowa, nad którymi długo się zastanawiał, podejrzewając, że Raelynn poruszy ten temat.
      Zapoczątkowała go kiedyś podczas wspólnego spaceru po ogrodach przylegających do zamku, gdy zapytała Casteela, jak to jest trwać na ziemi tak długo, obserwując postępujące zmiany. Jego podróż była długa, aczkolwiek nie dotarł jeszcze do punktu, w którym uznałby, że chce ją zakończyć. Nie zrobił tego na samym początku, gdy wampiry pozbawione bezpiecznego miejsca bywały wyłapywane przez ludzi i więzione, a później poddawane torturom w czasie biesiad z tej racji, że ich ciała szybko się regenerowały, co umożliwiało przeprowadzanie na nich rozmaitych tortur. Roztaczał przed nią zupełnie inną opowieść o tym, co widział i robił, ale nigdy nie odsłonił przed nią kurtyny, za którą istniało cierpienie związane z torturami, głodem, prześladowaniami i strachem. Na fundamentach własnego bólu Casteel zbudował marzenie, które pozwoliło mu przetrwać, a potem odbudować zrujnowany panowaniem smoków Halamant uchodzący teraz za przystań dla wampirów — wszystkich tych okaleczonych i zagubionych istot, które nie miały szansy przetrwać w pojedynkę. Umożliwił im nową egzystencję, podsycając w nich pragnienie zemsty.

      Usuń
    2. — Nie? — spytał, unosząc jedną z brwi do góry, gdy powiedziała, że nie należy do niego. Wyraz jego twarzy był czymś pomiędzy rozbawieniem a drwiną, której nie zamierzał powstrzymywać. Ona po prostu nie chciała przyjąć do wiadomości, że od chwili jej ponownych narodzin zostali połączeni ze sobą unikalną więzią i nie mogłaby jej przełamać niezależnie od tego, jak silną miałaby ku temu wolę. Wolę, która również należała do niego, ponieważ Casteel był świadomy jej obecności i zamierzał w pełni korzystać z przewagi wynikającej z bycia stwórcą Raelynn. Kiedy tak wypowiadała te wszystkie wściekłe słowa, pragnąc mu udowodnić swoją siłę oraz to, że nigdy nie pozwoli, aby ją sobie podporządkował, Casteel nadal zachowywał stoicki spokój, nie okazując po sobie żadnych emocji. Nie patrzył na nią, bawiąc się złotym naparstkiem przypominającym szpon obleczonym wokół prawego kciuka. — Masz w sobie niezmierzone pokłady potencjału, ja natomiast zadbam o to, żeby nie zginął pośród nieodpowiednich decyzji i młodzieńczego buntu — wymruczał tonem sugerującym, że nie pyta ją o pozwolenie, ogłaszając jedynie swoją decyzję. Grał w tę grę od długich stuleci, wiedząc doskonale, że czas potrafi zmiękczyć najtwardszy charakter i złamać najsilniejsze postanowienia.
      Mogła go nienawidzić. Mogła przestać posyłać w jego stronę te czarujące nieśmiałe uśmiechy i przestać posyłać mu sarnie spojrzenia pełne ufności. Mogła oddać swoje ciało komuś innemu. Mogła próbować nabrać dystansu. Nic nie zmieniało faktu, że stała się własnością Casteela Corvusa i nawet gdyby próbowała ze wszystkich sił przed nim uciec, nie znalazłaby schronienia w żadnej części świata, bo odnalazłby ją i zmusił do powrotu, bo jej miejsce było przy nim.
      — Jeśli liczysz na to, że pozwolę ci zdechnąć w tym lochu, to jesteś w głębokim błędzie. Czeka nas wspaniała przyszłość, Lynnie — wymruczał, podciągając materiał białej koszuli na lewym ramieniu. Odsłonił blady nadgarstek, na którym w słabym zarysie światła rzucanego przez pochodnię, malowała się nikła linia żył. Zanim przyszedł do jej celi, pozbawił życia dwóch śmiertelników, wysysając z nich krew do ostatniej kropli, zatem krążyła ona w jego martwym ciele, dudniąc w uszach przyjemnym szumem. Nie wiedział, czy dziewczyna już teraz jest gotowa wykształcić kły, dlatego własnoręcznie przy pomocy naparstnika rozciął nadgarstek, uwalniając krew. Metaliczny zapach pobudzał zmysły, przyprawiając o prawdziwy ból — wampirzy głód był koszmarnym uczuciem, wszak nie bolało jedynie ciało, lecz także umysł szukający ukojenia za wszelką cenę. I właśnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewała Casteel brutalnym ruchem złapał ją za kark; zaskoczona i nieprzygotowana na ten ruch upadła częściowo na podłogę z głośnym łoskotem, ale to nie sprawiło, że zmniejszył nacisk. — A teraz bądź grzeczną dziewczynką i spróbuj nie uronić nawet kropli — polecił zimnym głosem nieznoszącym sprzeciwu, zmuszając Raelynn by wargami dotknęła jego rozciętej skóry, pomimo grymasu, który widział na jej twarzy.
      Było coś niezmiernie fascynującego i zarazem podniecającego w tym, jak jej ponętne wargi wyglądały umalowane szkarłatną krwią. Obserwowanie tego, jak zażartą toczy ze sobą walkę, aby nie ulec, stanowiło dla Casteela czystą rozkosz.

      Usuń
  4. Od pierwszej chwili kiedy ją poznał, rozumiał doskonale, że Raelynn ma wiele do powiedzenia, pragnąc równocześnie zadawać dużo pytań, ponieważ dotychczasowo jej ciekawość była mocno ograniczana, wręcz karana przez surowych rodziców. Czemu? Może ich zdaniem młodej kobiecie nie wypadało wykazywać się czymkolwiek innym poza uległością oraz talentami związanymi ze sztuką lub muzyką, gdyż wszystko, co wybiegało poza te tematy, mogło zrodzić niewygodne pytania. Dostrzegał w Raelynn powściągliwość na samym początku; ostrożność, z jaką dobierała słowa i nieśmiałość zadawanych pytań, ale też niesamowitą ekscytację, gdy każdej spędzonej z nim nocy wiedziała o świecie coraz więcej. W przeciągu paru tygodni Casteel otworzył przed nią wiele drzwi będących poza jej zasięgiem i czynił to świadomie, wręcz z premedytacją kreując się w oczach dziewczęcia na przyjaciela.
    — Naprawdę myślisz, że którakolwiek z twoich obelg w jakimś stopniu mnie dotyka lub robi na mnie wrażenie? — spytał z pobłażliwym uśmiechem, który nie miał w sobie żadnego ciepła. Przypominał raczej sposób, w jaki rodzic patrzy na niesforne dziecko próbujące nieudolnie manifestować swoją siłę, jednocześnie mając świadomość własnej przewagi wynikającej z lepszego położenia. Jego ofiary często go przeklinały, życzyły mu wszystkiego, co najgorsze i nazywały potworem, ale Casteel przechodził obok tego obojętnie. Nic nie było go w stanie ubodnąć, a jeśli miewał dość słuchania kwiecistych epitetów, wyrywał z piersi serce i patrzył beznamiętnym wzrokiem, jak ofiara kona u jego stóp. Jej wymuszony śmiech brzmiał słabowicie, jakby resztkami sił próbowała zachować twarz.
    Nie żałował decyzji, którą za nią podjął i prawdopodobnie gdyby znów stanął przed wyborem pozwolenia Raelynn umrzeć lub uratowania jej własną krwią, zrobiłby to ponownie bez chwili wahania. Być może obecnie postrzegała Casteela za współodpowiedzialnego tej całej tragedii, może uważała, że położona na szali wina przechyla się bardziej ku Corvusowi, niemniej nawet nie próbowała zrozumieć jego motywacji. Oczywiście, chciał zdobyć wyłączną kontrolę nad medalionem, ale równie dobrze mógłby pozwolić Raelynn wyzionąć ducha, żeby sprawdzić teorię, iż jej los jest nierozerwalnie związany z magicznym artefaktem.
    — Zgorzkniały i bezlitosny? Z drugim nie zamierzam polemizować, jednak wcale nie uważałaś mnie za zgorzkniałego, gdy zaczynałem cię uczyć, wręcz przeciwnie. Uważałaś moje towarzystwo za cenne i... jak to ujęłaś? Inspirujące — wytknął jej, bez skrupułów cytując słowa, którymi kiedyś się do niego zwróciła. Czy nie dostrzegała własnej hipokryzji? Wiedziała, że miał jej wiele do zaoferowania posiadając bogaty zbiór doświadczeń, że jest w stanie uchylić przed nią drzwi będące do tej pory zamkniętymi oraz pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A mimo to zdawała się go nienawidzić. Gdzieś tam podświadomie musiała zdawać sobie sprawę z szansy, którą jej podarował, zresztą dokonując za nią wyboru, nie pozostawił jej innej możliwości, ba! Odciął ją od pomysłu popełnienia samobójstwa poprzez spłonięcie w promieniach słońca, regularnie przymuszał do spożywania krwi, stale utrzymując gdzieś pomiędzy głodem a zaspokojeniem, aby nie nabrała dostatecznie dużo siły, żeby móc mu się sprzeciwić. — Zastanawiam się, dlaczego ktoś tak spragniony niezależności i tak mocno pragnący poznać świat, zamyka się na każdą opcję, jaką otrzymał. Czy nie tego chciałaś? Nie o tym śniłaś po nocach? Marzyłaś o wolności, a ja oprócz niej podarowałem ci również siłę i nieśmiertelność, abyś miała czas nacieszyć się tym wszystkim — kontynuował gładko, nie przejmując się zbytnio tym, że aktualnie ograniczał jej wolność do progu tej celi. W swoim mniemaniu chronił Raelynn przed nią samą, przed głupimi decyzjami podyktowanymi szalejącymi emocjami spotęgowanymi przemianą i traumą, z którą się mierzyła po tym, czego dopuścił się względem niej jej własny ojciec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewykluczone, że pewnego dnia pozwoli Raelynn odejść i pójść w swoją stronę, aczkolwiek również wtedy będzie łączyła ich unikalna więź niemożliwa do zignorowania. Wieczność, choć bez wątpienia ekscytująca i przeplatana różnymi ciekawymi wydarzeniami, bywała przytłaczająca. Żadna z osób, które poznał tuż po własnej przemianie, nie przetrwała tak długo, jak on. Casteel pozostawał samotny w swojej odmienności, jednakże nie chciał z niej rezygnować, ponieważ stanowiła ona nieodłączny element jego charakteru. Nawet tutaj w Halamancie, który traktował jako swój dom i zarazem największą dumę, przebywając w otoczeniu innych wampirów, pozostawał na zupełnie innej pozycji, niż jego zwolennicy. Był światłem, do którego lgnęły wszystkie ćmy naokoło. Zamiast dzielić swoich pobratymców, postanowił ich łączyć pięknymi słowami o przyszłości, która do nich należy, gdy wreszcie nie będą musieli kryć się w mroku, traktowani pogardliwie niczym pasożyty żerujące na innych rasach. Casteel przyciągał swoją charyzmatyczną osobowością, posągowym spokojem i pewnością siebie, ponieważ szczerze wierzył, że jest na dobrym tropie, by sprowadzić na ludzkie ziemie Wieczną Noc. Dążył do celu po trupach, o czym dziewczyna bardzo dobrze wiedziała. Nie był pewny, czy zdawała sobie sprawę z rzeczy dziejących się w Halamancie po zapadnięciu zmroku, jednak przecież wiedziała, że w murach wiekowego zamku umierają ludzie, że traktuje się ich jako zabawki przekazywane sobie z rąk do rąk, zmuszając ich poprzez hipnozę do nadstawiania szyi. Gdy zapytała, czy uważa, że stworzenie Halamantu usprawiedliwia jego zbrodnie, uniósł zabawnie brew, przyglądając się jej skulonej na pryczy postaci, jakby właśnie Raelynn opowiedziała mu świetny dowcip.
      — Kto miałby mnie osądzić, kruszyno? Bóstwa, które istnieją lub też nie w zależności od tego, w co wierzysz? Władcy, którzy pilnują granic swoich terenów i nie interesują się resztą? A może myślisz, że dopadnie mnie sumienie? — zaśmiał się cicho, ale choć słowa, które wypowiadał, w istocie były okropne, brzmienie tego śmiechu roznoszącego się po pustej celi wydawało się swoistą melodią. Będąc w dobrym nastroju, potrafił zarówno rozmawiać, jak i skręcać komuś w tym czasie kark, traktując mordowanie jako coś zupełnie naturalnego, nie bojąc się żadnych konsekwencji. Casteel nie bał się niczego i stąd brała się jego nieobliczalność granicząca niemalże z szaleństwem.
      W pewien sposób rozumiał jej strach przed wypaleniem, bo chyba tak najłatwiej byłoby określić poczucie pustki, gdy zwykłe, przyziemne rzeczy przestają sprawiać przyjemność, a noce ciągną się w nieskończoność, stanowiąc wyłącznie okazję do zaspokojenia głodu. Lynnie chciała żyć i doświadczać rzeczy, o których Casteel zdążył zapomnieć lub wcale nie myślał, ponieważ były one dla niego tak oczywiste, że dążyły mu spowszednieć. Podczas gdy ona chciała zawierać przyjaźnie, które niewiele jej dawały poza ludzką satysfakcją, on szedł przed siebie samotnie, nie uważając, aby bliskość innej osoby lub wampira były mu do czegokolwiek potrzebne. Poparcie było ważne i potrafił je sobie zapewnić, udoskonalając umiejętności manipulacji, ale nie potrzebował — nie pragnął — być kochany, bo miłość wiązała się z kochaniem drugiej osoby mimo wszystko i za wszystko, a Casteel był beznadziejnym przypadkiem, co zresztą sama Raelynn zauważyła dopiero po czasie.

      Usuń
    2. — Potraktuj przemianę jako kolejne narodziny, Lynnie. Nie musisz brać ze mnie przykładu, nie narzucam ci konieczności stawiania mnie na piedestale i podziwiania moich osiągnięć, ale jako twój stwórca nie mogę pozwolić na to, żebyś zmarnowała tę szansę w imię idiotycznego buntu. Zrzucam to na karb twoich niedawnych przeżyć i chociaż teraz wydaje ci się to końcem świata, w końcu zapomnisz. Czas zaciera wszystkie granice, aż w końcu liczy się tylko to, co jest tu i teraz — powiedział miękko, znów wyciągając do niej dłoń, którą przesunął po kaskadzie ciemnych, zmierzwionych włosów. Rozkoszował się ich miękkością przypominającą w dotyku jedwab, a kiedy dotarł opuszkami palców do skóry na jej szyi, zarysowując delikatnie ramię, przygryzł mimowolnie wargę, ledwie powstrzymując się przed złożeniem na nim pocałunków. Wyobrażał sobie jak układa ścieżkę z drobnych pocałunków na naznaczonej ugryzieniem szyi Raelynn, a później schodzi w dół, zahaczając spragnionymi wargami o wystające obojczyki i kuszącą krągłość jędrnych piersi. Wreszcie miał poczucie tego, że jest taka sama, jak on; że nie musi obawiać się mocniejszego nacisku, czy pieszczoty, która mogłaby przyprawić Lynnie o ból, choć po prawdzie, umiał równoważyć doznania i element cierpienia odpowiednio wprowadzony potrafił urozmaicić przyjemność. — Masz w sobie potencjał i jesteś dla mnie ważna. Bardzo, bardzo ważna — wyznał, kładąc nacisk na ostatnie słowa, a zaraz po nich Casteel doszedł do wniosku, że nie ma sensu się powstrzymywać i pocałował czule jej odsłonięte przez suknię ramię, zanim sprowadził ją na ziemię.
      Żadne słowa nie miały mocy sprawczej w obliczu pragnienia krwi — wszelkie deklaracje o pozostaniu, choć w marnym stopniu człowiekiem, odmawiając pożywienia pod postacią osocza, tonęły w tym pierwotnej żądzy zaspokojenia głodu pociągającej za sobą chęć mordu. Wampiry nie miały pragnień typowych dla śmiertelników; nie potrzebowały snu, nie odczuwały zmęczenia, ani fizycznego cierpienia, bardzo szybko umiejąc zregenerować rany, ale głód i obsesyjne myśli o potrzebie zaspokojenia go, potrafiły sprawić, że niektórzy tracili zmysły. Niezależnie od tego, jak bardzo Raelynn próbowała z tym walczyć, nie miała szans, znajdując się na straconej pozycji w chwili, w której Casteel rozciął swój nadgarstek, a do jej nozdrzy dotarła metaliczna woń krwi. To nie był pierwszy raz kiedy karmił kogoś krwią pochodzącą z własnego ciała, ale ta sytuacja była skrajnie inna; sprowadził swoją grzeczną dziewczynkę na kolana, zmuszając do tego, aby się przed nim ukorzyła. Ten sposób wychowania, żeby nie powiedzieć brutalnie — tresury — był przez niego skrupulatnie przemyślany — z jednej strony sprawiał jej rozkosz, pozwalając zaspokoić głód, a z drugiej przypominał, kto faktycznie miał nad nią władzę poprzez fakt, że przed nim klęczała. Obserwował w milczeniu z niemym zachwytem, jak wgryza się w jego nadgarstek i łapczywie pije, nie uroniwszy żadnej kropli; jej język lizał zimną skórę, szaroniebieskie oczy zaszły mgłą przyjemności, a delikatne zaciśnięcie ud, podpowiadało Casteelowi, że nie tylko ten głód dręczył ją przez ostatnie dni. Kiedy z niego piła powolnie czuł, jak krew opuszcza jego nieśmiertelne ciało, ale zamiast irytacji czuł przede wszystkim zadowolenie, wypełniwszy obowiązek stwórcy czuwającego nad swoim dziełem, bo ona właśnie tym była — dziełem, które wymagało jeszcze doszlifowania, lecz miało szansę stać się doskonałością pod jego czujnym, wymagającym okiem.
      — Jesteś zachwycająca, Lynnie — wymruczał, znów zaczynając bawić się jej włosami, gdy ułożyła głowę na jego kolanach, pragnąc odpocząć. — Mamy tyle czasu, ile tylko będziesz chciała. Całą wieczność — kontynuował tym samym tonem, przenosząc dłoń na zarumieniony policzek.

      Usuń
    3. Z zaskoczeniem doszedł do wniosku, że będzie mu brakowało tego widoku, gdy ukończy przemianę i ostatecznie stanie się wampirzycą; nie chciał pozbywać się wspomnień, w których patrzyła na niego słodko z subtelnym, niewinnym rumieńcem rozjaśniającym blade policzki. Celowo roztaczał przed nią wizję wspólnej przyszłości, bo musiała zrozumieć, że Casteel był jedynym, co jej pozostało, wszak nie posiadała nic więcej, poza nim; był zarazem końcem i początkiem jej nowego, lepszego życia.
      — Chodź do mnie. Nie bój się — szeptał kojąco, nie spuszczając z niej głodnego spojrzenia; upajając się władzą i pożądaniem. Złapał ją za nadgarstki, pomagając dźwignąć się z kolan, a kiedy przed nim stanęła na nieco rozchwianych nogach, pociągnął ją na siebie, zmuszając, aby usiadła na nim okrakiem. Raelynn nigdy nie brzydziła się jego dotykiem, uważając go za coś nieprzyjemnego, choć na samym początku, zanim zaczęli spędzać ze sobą czas, pozostawała ostrożna i nieco wycofana, jakby podświadomie szykowała się na atak. Mógł ją przecież skrzywdzić na wiele rozmaitych sposobów i nie zdziwiłby się ani trochę, gdyby wówczas uważała go za krwiożerczą bestię, która straci rozum, gdy poczuje krew. I chociaż w dalszym ciągu byłby w stanie wyrządzić jej krzywdę, złamać i zdeptać niczym robactwo pod butem, nie zamierzał tego robić. Lynnie była jego.
      Ujął w dłonie śliczną twarz z czułością, jakby była porcelanową laleczką, którą nieopatrznie mógłby skruszyć w niedelikatnym uścisku. Kciukiem zahaczył o intensywnie czerwone wargi, dostrzegając w kąciku ust krzepnąca krew; zapach Raelynn, ta niknąca woń lawendy i wanilii, z jaką ją zawsze kojarzył, uderzyła mu intensywnie do głowy. Wyciągnął do niej ręce znacznie wcześniej, lecz teraz dotykał dziewczynę z wyczuciem kochanka znającego sztukę miłości. Jego dłonie bezwstydnie przemierzały płaszczyznę prostych pleców, wąskiej talii i krągłych pośladków, przypominając sobie każdą chwilę, w której Lynnie mu ulegała, pozwalając kraść sobie pocałunki i odsłaniając przed nim dekolt lub jasne uda. Dla Casteela było zatem oczywiste, że nikomu przed nim nie pozwalała na tak wiele; brakowało jej doświadczenia, co postrzegał jako zaletę, ponieważ mógł poszerzyć jej horyzonty i nauczyć, czym jest pożądanie. Była to także kolejna forma kontroli, którą planował zastosować.
      — Wiem, jak się teraz czujesz i co o sobie myślisz, ale to kłamstwo, naleciałość ludzkich przywar, od których zostałaś już uwolniona, rozumiesz? Nie jesteś potworem, ani bestią. Jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Jedyną, której pragnę do szaleństwa — szeptał na jej ucho, naznaczając szyję mokrymi pocałunkami i ściskając wąską talię, jakby w irracjonalny sposób zależało mu na jeszcze mocniejszym zmniejszeniu dystansu między nimi, chociaż czuł przecież jej ciało, jego nacisk na swoje własne, lecz najwyraźniej to było dla niego za mało. — Lynnie... — zwrócił się do niej zdrobnieniem, którego tylko on używał, na moment przestając ją pieścić. Złapał oczyma jej spojrzenie, dostrzegając w nim to samo pragnienie, które dręczyło również jego; tę uporczywą myśl, aby dokończyli to, co zawsze przerywali z różnych powodów. Zadarł nieco głowę do tyłu, pozwalając, żeby ciemne kosmyki jej włosów otuliły jego policzki, a wówczas wpił się w wargi Raelynn łapczywie, składając na nich namiętny pocałunek. Dłonie Casteela były zajęte podciąganiem sukni do góry i kiedy w końcu uporał się z przeklętym materiałem, dotykając jej bielizny, poczuł rozkoszną wilgoć.

      Usuń
  5. Casteel miał czas nauczyć się cierpliwości. Sześć stuleci i wszystko, co w tym długim czasie widział oraz doświadczył, nauczyło go niesamowitego opanowania, które postrzegał jako jedną ze swoich największych zalet — żadna obelga, czy oskarżenie nie było go w stanie poruszyć. Wiedział, że był potworem. Potworem z nieprzeciętną ambicją wykraczającą poza potrzebę zapewnienia sobie godnego bytu. Jego dłonie były splamione krwią, a on miał na sumieniu tak wiele złamanych osób, podeptanych marzeń i odebranych żywotów, że stracił rachubę w ilości swoich ofiar. Większość z nich pamiętał, wszak nie sposób było zapomnieć wyrazu szklistych oczu i widoku martwych ciał przypominających szmaciane laleczki; każda była przeświadczona o swojej prawdziwości, lecz po odcięciu sznurków wszystkie upadały z jednakowym hałasem. Czy miewał wyrzuty sumienia lub myślał o popełnionych zbrodniach? Rzadko. Świadome cofanie się w przeszłość postrzegał jako fatalny błąd, ponieważ w żaden sposób nie można było przez to naprawić pewnych wydarzeń, albo im zapobiec. Myślenie o tym było marnotrawstwem czasu i stratą energii, choć ludzie postrzegali takie sprawy zgoła inaczej, czego Raelynn była najlepszym dowodem.
    Nieustannie zadziwia mnie i jednocześnie bawi fakt, że mówisz o okrucieństwie tak, jakbyś kiedykolwiek się z nim spotkała lub doświadczyła go na własnej skórze. Naprawdę myślisz, że to, co cię spotkało, jest szczytem okrucieństwa? — spytał nieco rozbawiony, unosząc sugestywnie brew. To nie tak, że drwił z Raelynn, czy próbował ją ośmieszyć w prowadzonej rozmowie, nie. On po prostu miał zupełnie inną definicję okrucieństwa, a dziewczyna znała Casteela wystarczająco dobrze, aby zdawać sobie z tego sprawę. Przyznał, że według niego mordowanie swojego własnego potomstwa jest odrażające, godne największego potępienia, ponieważ dla niego jako stwórcy utrata każdego wampira była niezmiernie bolesna i tak naprawdę było to jedyne, co robiło na nim jakieś wrażenie. Ci, których przemieniał, polegali w pełni na jego wiedzy — bezwolnie pozwalali otoczyć się kokonem bezpieczeństwa, poddając się nieugiętej woli Casteela; dostarczał im krwi, trzymał w odosobnieniu, żeby zaraz po przemianie i zamordowaniu człowieka nie borykali się z przytłaczającym poczuciem winy, przekonywał, że ich życie zaczynało się dopiero teraz w tej chwili, gdy byli wolni od trosk. W pewnym sensie nie tyle uważał się za mentora, ile rzeczywiście nim był, ponieważ wiedział doskonale, jak funkcjonuje wampir tuż po przemianie i widział niejednokrotnie na własne oczy opłakane skutki głodu, niemożności poradzenia sobie z natłokiem emocji oraz zwykłej niemożności przeciwstawienia się naturze. Raelynn zapewne podejrzewała, że więził ją tutaj dla czystej perwersyjnej przyjemności, że trzymanie jej w lochu zamkniętym na cztery spusty bez dostępu do okna było jego sposobem na złamanie w niej hartu ducha, lecz w rzeczywistości był to akt łaski. Chronił ją przed nią samą, robiąc to najlepiej, jak w swoim mniemaniu umiał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podszedł ją i oszukał, sącząc do ucha słodkie słowa, bo miał w tym wprawę, a Lynnie rozpaczliwie potrzebowała być przez kogoś wysłuchaną, dostrzeżoną i wyróżnioną — Casteel jej to wszystko dawał, nie skąpiąc kwiecistych komplementów i na każdym kroku karmiąc ciekawość dziewczyny. Egzystował znacznie dłużej od niej, więc potrafił bezbłędnie wyczuć jej pragnienia, których sama nie była do końca świadoma, uwięziona w sztywnych ramach wychowania typowego dla młodych dam z wysokich rodów, gdzie ceniło się pokorę i przyziemne talenty pokroju haftowania. Obserwował ją ukradkiem podczas różnych czynności, wyciągał wnioski płynące z ich rozmów i zapewne nawet nie była świadoma, że w tym samym czasie otaczał ją nićmi swojej kontroli; tkał i tkał, aż w końcu jego ukochana dziewczynka stała się zupełnie od niego uzależniona, nie zdając sobie z tego sprawy. Poszukiwała jego obecności, promieniała wewnętrznym blaskiem, gdy zwracał na nią uwagę, poświęcając jej czas podczas tych długich, złowrogich nocy po zapadnięciu zmierzchu. Pozwolił dziewczynie widzieć w sobie to, co chciała w nim dostrzegać, a kiedy raz zakochała się w tym pięknym wyobrażeniu, nie umiała już zawrócić z tej ścieżki, choć prowadziła ją ona do destrukcji.
      Poza nim nie miała już nikogo, mimo że pewnie chciałaby uznać to stwierdzenie za chełpliwą przechwałkę, czy przejaw wybujałego ego ze strony Corvusa. Taka wyglądała prawda, od której Lynnie desperacko uciekała: Halamant na chwilę obecną pozostawał jej jedynym domem, w którym nie musiała martwić się o przetrwanie, ponieważ Casteel zapewniał funkcjonowanie zamku od służby i zapasów, przez dostęp do świeżej krwi. Miała do dyspozycji przygotowaną komnatę ze wszelkimi udogodnieniami, która w pełni należała wyłącznie do niej, a teraz gdy stała się jedną z nich, mogła przemierzać korytarze bez obawy, iż padnie ofiarą czyjegoś pragnienia pod nieobecność Casteela. Czy to oznaczało, że zamierzał ją zostawić w spokoju? W żadnym razie. Raelynn była jego pięknym, wyjątkowym kwiatem, którego wcale nie chciał zrywać, lecz pielęgnować i stworzyć mu warunki do tego, żeby rozkwitnął.
      — A kim według ciebie jestem? Potworem z koszmarów, którym straszy się małe, niegrzeczne dzieci przed snem? Mordercą bez sumienia, który nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć zamierzony cel? — zadrwił, obdarzając Raelynn lekceważącym uśmieszkiem. Nie mogła zignorować faktu, jak bardzo była w niego zapatrzona, choć z perspektywy czasu te wspomnienia pewnie wydawały jej się przykre, może nawet była rozczarowana swoją dość naiwną wizją Casteela, która niewiele miała wspólnego z rzeczywistością. Uważała go za interesującego, ponieważ jako jedyny pozwolił jej mówić swobodnie bez przerywania. Pozwolił zadawać pytania i cierpliwie na nie odpowiadał, poszerzając jej wiedzę i nie skąpiąc informacji. Otwierał przed nią każde drzwi, które do tej pory pozostawały zamknięte, aż wreszcie osiągnął zamierzony cel: zaszczepił w niej pragnienie otrzymania od życia czegoś więcej, niż to, na co mogła liczyć kobieta. To, że zdążyła się w nim zakochać, było poniekąd wypadkową jego działań, czymś nieplanowanym i przypadkowym, ponieważ zbliżając się do niej, wcale nie planował zyskać jej miłości, która nie była mu do niczego potrzebna.

      Usuń
    2. — Nie potrzebuję usprawiedliwienia ani od ciebie, ani od nikogo innego, bo nie czuję się w i n n y — przypomniał jej twardo, obdarzając ją surowym, wręcz karcącym spojrzeniem. Nieprzerwanie mówiła o okrucieństwie, jakiego się dopuszczał, o wszystkich złych uczynkach, które popełniał bez mrugnięcia okiem, a przy tym najwyraźniej uważała, że to on jest odpowiedzialny za jej tragedię, choć nie trzymał w dłoni noża, który pozbawił ją życia — To smutne pieprzenie o wyrzutach sumienia, o wartości ludzkiego życia i jakiś wyssanych z palca zasadach wpajanych od dziecka przez ludzi bojących się utraty kontroli... Wina, odkupienie, przebaczenie. Czy naprawdę myślisz, że cokolwiek z tego mnie interesuje? Że choć raz odstąpiłem od swoich działań przez wzgląd na te dyrdymały? Że jakieś bajeczki o potępieniu po śmierci mnie powstrzymały? — zaśmiał się kpiąco, zaciskając mocno dłonie na ramie prowizorycznego łóżka, aż to zaskrzypiało pod brutalnym naciskiem. Rzadko pozwalał wyprowadzać się z równowagi, ale tym razem miał już serdecznie dość oskarżycielskiego tonu Raelynn. Chciała przemówić do jego sumienia? A więc spotkało ją gorzkie rozczarowanie, ponieważ Casteel jasno wyraził swoje stanowisko, które nie podlegało zmianie.
      Czasami zapominał, jak wiele ich dzieliło. Miał nad nią stulecia przewagi i doświadczenia, z którego śmiało czerpał świadomie pełnymi garściami; przeniósł manipulację na wyższy poziom, doskonale wiedząc, co powiedzieć, aby uspokoić swoją ofiarę lub osiągnąć zamierzony cel. Nie bez powodu cały czas powtarzał Lynnie, że zrobił to wszystko dla niej, że uratował ją nie dlatego, iż miał w tym swój interes, ale przez wzgląd na to, co ich łączyło. Ilekroć zaczynała odwoływać się do jego sumienia, próbując wywołać w nim poczucie winy, tracił nad sobą kontrolę i w tej perfekcyjnej masce stoickiego spokoju oraz opanowania zaczynały pojawiać się pęknięcia.
      — Jeszcze pytasz? — zawarczał cicho, nie mogąc nadziwić się krótkowzroczności Raelynn. Tak bardzo skupiała się na tym, że po przemianie zabrał ją do Halamantu i zamknął w podziemiach na czas dokończenia przemiany, że nie widziała zupełnie nic poza tym, poza swoimi zranionymi uczuciami. Dla niej była to kara, bądź inna forma upokorzenia, jaką jej zaserwował, żeby podkreślić swoją dominację, bo łatwiej było obwinić go za wszelkie zło, nie dostrzegając absolutnie żadnych pozytywów. Czyżby popełnił błąd, otaczając ją opieką? Może gdyby pozostawił Raelynn na pastwę losu, ta potrafiłaby docenić jego zaangażowanie, będąc skłonną spojrzeć na niego o wiele bardziej łaskawie, niż do tej pory. — Otrzymałaś nieśmiertelność, z którą w odpowiednim czasie będziesz mogła zrobić, co tylko zechcesz, Lynnie. Gdybym cię teraz wypuścił i pozwolił odejść, doszłoby do tragedii. Jesteś gotowa wziąć na barki odpowiedzialność za zamordowanie kogoś, gdy poczujesz głód? Nie umiesz nad nim zapanować. Nie wiesz, z czym wiąże się przebywanie pośród innych żyjących istot, kiedy każda twoja myśl jest skupiona na chęci mordowania, byleby zaspokoić pragnienie. Stanowiłabyś niebezpieczeństwo nie tylko dla siebie, ale też dla innych — nie wiedział, dlaczego jej to tłumaczył. Dla niego słowa te były oczywistością, a Raelynn nawet jeśli dochodziła czasem do podobnych wniosków, szybko ulegała złości, ponieważ gdzieś u podnóża chaosu wywołanego przemianą, tkwił głęboki strach przed wampirami i niechęć do stania się jedną z nich.

      Usuń
    3. Opowiedziała mu o tajemniczej śmierci swojej matki i Casteel nie dał po sobie poznać, że miał wiele wspólnego z tym wydarzeniem, a właściwie był za nie bezpośrednio odpowiedzialny. Wiedział, że nigdy by mu nie wybaczyła, nawet jeśli by ją o to poprosił, zdobywając się w przypływie odwagi na ten gest. To jedno morderstwo nie dawało mu spokoju przez bardzo długi czas, bo miał przykre wrażenie, iż mógłby tego uniknąć, ale wówczas wydawało mu się, że to jedyne słuszne rozwiązanie. Próbował zdobyć medalion po dobroci; próbował go nawet ukraść i gdyby nie magia trzymająca pieczę nad artefaktem, która była bezpośrednio powiązana z żeńską linią rodziny Bassette, nie musiałby dopuszczać się zabójstwa. Nie to, żeby śmierć jej matki była czymś innym, niż okrucieństwa, które popełnił, ale nigdy dotąd nie znał osób spokrewnionych ze swoimi ofiarami, a im więcej Raelynn opowiadała o matce, wyrażając ból po jej stracie, tym większe rosło w Casteelu skonfundowanie.
      — Możemy mieć wszystko, jeśli tylko na to pozwolisz — odparł głębokim głosem będącym swoistą obietnicą. Celowo kusił ją pięknymi wyobrażeniami o wspólnej przyszłości, jednak żeby to mogło dojść do skutku, Lynnie musiałaby podzielać jego przekonania i przestać się opierać na każdym kroku. Musiała zrozumieć, że walka z nim nie miała żadnego sensu, gdyż Casteel nie odpuszczał, nie męczył się i naprawdę rzadko dopuszczał do siebie zdanie innych, swoje racje uważając za nadrzędne. Powinien postąpić z nią zgoła inaczej — zamiast karmić krwią i trzymać pod bezpiecznym kloszem, powinien ją rzucić na głęboką wodę, aby nauczyła się doceniać drobne gesty wsparcia, a jednak nie potrafił tego zrobić. Jak mógłby skazać ją na samotność i strach, kiedy tak ufnie kładła głowę na jego kolanach, pozwalając mu głaskać swoje długie włosy? Tęskniła za nim równie mocno, co on za nią, choć nie miało to żadnego sensu i ociekało toksycznością.
      Potrzebował poczuć jej ciało przy własnym, dlatego wyciągnął po nią swoje dłonie. Miał już dość zabawy w kotka i myszkę. Dość przerzucania się inwektywami i prób wytłumaczenia jej, że zyskała szansę stania się najlepszą wersją siebie pod jego czujnym, troskliwym okiem. Jeśli miała cokolwiek zrozumieć, musiał użyć o wiele bardziej przekonujących argumentów, skoro nie wystarczała jej wieczność i nieśmiertelność, Casteel mógł zaoferować samego siebie. Być może Raelynn mogłaby zrobić z niego lepszego człowieka, a być może on mógłby zrobić z niej potwora — wszystko zamykało się w cholernym "może", lecz on nie planował się teraz nad tym rozwodzić.

      Usuń
    4. — Oboje wiemy, że nie możesz i w tym tkwi cała przyjemność — wymruczał jej na ucho, omiatając je gorącym szeptem, od którego rumieńce Raelynn stały się jeszcze bardziej intensywne. Sprawiała wrażenie tak uroczo zakłopotanej, że Casteel nie potrafił się nie uśmiechać na ten widok, który był jawnym zaprzeczeniem dotychczasowo postawionych granic. Pozwoliła, żeby skradł jej kilka pocałunków i naznaczył dotykiem spragnionych rąk, lecz nigdy do tej pory nie wyszli poza tego typu pieszczoty, a on chciał więcej. Zawsze chciał więcej i w tym tkwił największy problem, bo egzystując tak długo, uważał, że zasługuje na wszystko i też do wszystkiego posiada prawo. — Nigdy bym cię nie skrzywdził. Mogę spalić cały świat i zrobię to, jeśli w ten sposób będę nas ochronić, ale ty zawsze będziesz przy mnie bezpieczna, Lynnie — wyznał szeptem, patrząc dziewczynie głęboko w oczy. Otoczył jej szczupłą talię ramionami, przyciągając ją zaborczo do siebie w tym nieprzyzwoitym geście, aż ucisk jej długich palców na jego ramionach stał się mocniejszy; chciał zobaczyć jej ciało zupełnie nagie, pozbawione zbędnych warstw materiału, całkowicie obnażone i należące w pełni do niego. — Jedyne, co musisz zrobić to znowu mi zaufać — szeptał w przerwie między pocałunkami, nieustannie wodząc Raelynn na pokuszenie. Zdawał się doskonale wyczuwać pragnienia jej serca, rozumieć wewnętrzną walkę, którą toczyła między uczuciami, a rozumiem i koncentrując się właśnie na nich, nie ustawał w pieszczotach.
      Bliskość drugiej osoby nigdy nie była dla Casteela ważna; nie czuł potrzeby dzielenia z drugim wampirem wieczności, nie potrzebował czułych pocałunków, ani subtelnego dotyku, ale przy niej te myśli wydawały się głupotą. Przy niej było zupełnie inaczej, o wiele bardziej intensywnie i przyjemnie, jakby została stworzona specjalnie dla niego, idealnie dopasowując się do kształtu jego ciała. Zamruczał z aprobatą, gdy zaczął ją pieścić palcami, obserwując reakcje jej ciała.
      — W porządku, ale masz być grzeczną dziewczynką. Jeśli będziesz zachowywała się nieodpowiednio, dostaniesz klapsa — powiedział o wiele bardziej zdecydowanym głosem, gdy poniekąd wymogła na nim opuszczenie katakumb.

      Usuń